A :"Perły Pamięci" - część 6, część 7

Piszesz? Malujesz? Projektujesz statki kosmiczne? Tutaj możesz się podzielić swoimi doświadczeniami.

Moderators: Olka, Hotaru, Hotori, Hypatia

User avatar
ADkA
Fan
Posts: 555
Joined: Fri Mar 12, 2004 10:07 am
Location: g.Śląsk
Contact:

Post by ADkA » Sun May 22, 2005 1:58 pm

Hotori wrote: Jeszcze tylko wspomnę, że dwa pierwsze równolegle pojawią się na RF (dzięki mojej koleżance, która jest studentką anglistyki ) - zawalczę o międzynarodową sławę, w końcu do odważnych świat należy ! :mrgreen:
No proszę!! Jak widzę, Hotori ostro ruszasz do boju!! :respekt: Cieszę się!! Trzymam za Ciebie kciuki!
I już nie mogę się doczekać, tych opowiadań.. Już ostrzę sobie na nie ząbki! :mrgreen:

Nio, dobra.. Teraz komentarz do Perełek.. Niepełnych, ale zawsze coś :wink:
Czyżbyś, jednak zlitowała się na Alexem? Czy zrozumie, że jest tylko zabawką w rękach zła? Czy uwierzy Tess.. :roll:
Uwielbiam takie niedopowiedziane dialogi, zakończone pustką..mroczne, niewyjaśnione, zawieszone w przestrzeni..
I za chwilkę realny świat.. życie toczy się dalej, swym spokojnym trybem..
Czekam, co będzie dalej!
"Żal jest potrzebny, żałując swoich pomyłek, uczymy się na błędach. Ale na Boga, nie pozwól, by rządził twoim życiem. Zwłaszcza, że nigdy nie będziesz pewna, że zobaczysz następny wschód słońca."
Hotaru "Freak Nation"

User avatar
ADkA
Fan
Posts: 555
Joined: Fri Mar 12, 2004 10:07 am
Location: g.Śląsk
Contact:

Post by ADkA » Sun Jun 12, 2005 7:08 pm

:twisted: No dobrze.. minęło już kilka weekendów od ostatniego rozdziału (niepełnego, zresztą...), a ja dalej nie widzę tu ani grama nowego wpisu... Taa..
I mówię tu i o aktualizacji Hotori, jak i komentarzach.. Ja naprawdę nie zmuszam nikogo do niczego.. :cheesy: ja apeluję o wyrozumiałość!! Zauważam tu tzw. impas i sprzeczność interesów stron.. :wink:
Nie ma nowej części bo brak komentarzy.. nie ma komentarzy bo brak nowej części.. :roll: Pliss.... czy ktoś się zlituję? :devil:
"Żal jest potrzebny, żałując swoich pomyłek, uczymy się na błędach. Ale na Boga, nie pozwól, by rządził twoim życiem. Zwłaszcza, że nigdy nie będziesz pewna, że zobaczysz następny wschód słońca."
Hotaru "Freak Nation"

User avatar
Athaya
Zainteresowany
Posts: 298
Joined: Sun Jun 20, 2004 2:14 pm
Location: Kalisz

Post by Athaya » Wed Aug 03, 2005 12:43 pm

Ok. Prosiłaś o komentarz więc już komentuje. Ale musiałam wrócić do początku by sobię wszystko przopomnieć :shock: żeby zrozumieć 3 część jako tako...
Była śliczna, groźna, wywołująca dreszcze na ciele (to przez tę moja wyobraźnie) Ja się mimo woli na chwilę znalazłam w twym opowiadaniu i byłam każdą osobą z osobna co uwielbiam w opowiadaniach :cheesy: No myślę, ze dość wychwalania cię pod niebiosa...

Jedyne co mnie naprawdę zaintrygowało to ten Alex i Lustro (czyt. przeraziło) To się takie dziwne wydawało... I hmm... śnieg w LA :shock: Witaj świecie Hotori :lol:

I nie mogę się powstrzymac :lol: -> chrupiąca skórka na krczaku, indyku itp. :lol: To jest proste. Wsadzić kurczaka do piekarnika (na blaszce) i wlać do blaszki trochę wody, zaglądać co jakiś czas i polewać wodą (jednocześnie wytwoży się códny sos.
Image

Hotori
Obserwator Słów
Posts: 1509
Joined: Sat Jul 26, 2003 4:11 pm
Location: Lublin

Post by Hotori » Wed Aug 03, 2005 5:41 pm

Wow ! 8) Athaya- dzięki kotek :mrgreen: I obiecuję bez bicia , że szybko zakończę te części. :wink:

W sumie ta wizja Antaru i historii pierwszego życia naszych bohaterów już dawno siedziała mi w głowie.

A - i jeszcze jedno- usłyszałam, że mam mroczny styl. Celne spostrzeżenie, w tym opowiadaniu akurat tak. Ale ci, którzy znają mnie lepiej to wiedzą, że moja proza zawsze miesza się z poezją, i wymowa tekstu jest raczej ciepła, choć w większości zakończenia nie są za wesołe...Zresztą, tak naprawdę miałam zbyt dużą roczną przerwę na tym forum , żebym mogła się naprawdę pokazać. Dlatego już niebawem inne opowiadania...

W każdym razie- dziękuje wszystkim, którzy zostawiają komentarze. Teraz i w przyszłości :wink:
'' It is easier to forgive an enemy than to forgive a friend''

William Blake

User avatar
Athaya
Zainteresowany
Posts: 298
Joined: Sun Jun 20, 2004 2:14 pm
Location: Kalisz

Post by Athaya » Thu Aug 04, 2005 12:43 pm

Nie ma problemu 8) Zalezy za co dziękujesz za koment czy radę :lol: Bo jeśli o nia chodzi to jestem do usług. Niema to jak być kucharzem wykwalifikowanym :lol:
Ale, ale! Aż tak szybko nie musisz mi tu wrzucać tych części wszystkich naraz! Chodziło mi o kolejną! Poprostu z części na częśc apetyt sępika rośnie :twisted:
Image

User avatar
Primek1
Starszy nowicjusz
Posts: 155
Joined: Mon Jul 11, 2005 10:20 pm
Location: Z KrAiNy CiEnIa :D :P
Contact:

Post by Primek1 » Fri Aug 05, 2005 10:19 pm

Fajne.............. Nawet bardzo... Takie tajemnicze i wogóle przynosi takie uczucie jak to się czyta. Dzieki Hotori, jest wspaniałe. Mam nadzieję, że doczekam się nastepnej części już w krótce :)

User avatar
onar-ek
Pleciuga
Posts: 887
Joined: Mon Aug 30, 2004 4:40 pm
Location: Białystok
Contact:

Post by onar-ek » Sun Aug 21, 2005 8:07 pm

Hmm zgadnijcie kto wrocil? Nie moge uwierzyc, ze zapomnialam o tym opowiadaniu. Jakos wylecialo mi z glowy a to nic dziwnego skoro w zastraszajacym tempie rosnie ilosc pisancyh ff przez _liz i Hotrau i z tamtymi nawet sie nie wyrabiam. Jestem leniuszkiem, ktory ma malo czasu na leniuchowanie jak mam chwile wolnego czasu po prostu nic nie robie a to tez ostatnio stalo sie rzadkoscia. Wakacje zamiast pozwalac mi wypoczac jeszcze bardziej mnie mecza niz caly poprzedni rok nauki... I masz racje H. do odwaznych swiat nalezy wiec z checia zobacze Twoje opowiadania na RF a skoro Hotaru i _liz juz tam robia kariere w crossovers'ach czas na Ciebie i konwencjonalne zwiazki.

Wracajac do opowiadania wiesz Hotori moze to nie ejst typowe opowiadanie, ale podoba mi sie. Jest inne, bardziej bajkowe, owiane tajemnica lustra... Inne i dlatego znow do niego wrocilam zobaczylam, ze kiedys to czytalam i zobaczylam swoj pierwszy komentarz wyrazajacy aprobate wiec zaczelam czytac od poczaktu. Czesci wcale sie sa krotkie a 2 zajela mi sporo czasu :lol: Wiec kosmiczne zdolnosci Maxa mimo, ze sa kosmiczne stanowily powod do ukrywania ich nawet na Antarze? To nowosc... Nie moge sie doczekac, aby poznac kolejna czesc historii Zana jak i tej wspolczesnej dziejacej sie w L.A. I jeszcze jedno czyzby Tess byla tu dobra duszyczka? :twisted: I co ten Alex kombinuje czyzby za Maxa otrzymal cos jakby drugie zycie? Czekam na kolejna czesc Hotori...

Hotori
Obserwator Słów
Posts: 1509
Joined: Sat Jul 26, 2003 4:11 pm
Location: Lublin

Post by Hotori » Sun Oct 16, 2005 5:47 pm

***
Antar, Rok Szkarłatnej Tarpei.

Bal w Reevandolu trwał już w najlepsze, kiedy pierwsza gwiazda zajaśniała nad jego kopułą. Oficjalne ceremonie już przebrzmiały i goście tłumnie wkroczyli do Sali Lustrzanej by przy akompaniamencie orkiestry tańczyć do upadłego, do bladego świtu.
Zan nie bawił się jednak tak przednio jak pozostali zgromadzeni na przyjęciu. Stał na balkonie i przechylał kryształowy kieliszek , smętnie patrząc na kołyszące się w nim wino. Miał wrażenie, że umarł wczorajszego wieczora kiedy jego życie zostało złożone w ofierze, rzucone na pożarcie wielkiego bóstwa , którego postać wyrzeźbioną w złocie widział Zan na małym, wiejskim ołtarzu pewnej zaniedbanej świątyni , gdy dochodził wieku lat siedmiu. Tamten posąg , samo jego wspomnienie -budziło w nim lęk, mimo przepięknych, szlachetnych kamieni , którymi wysadzono rzeźbę , i które kolorowo mieniły się w dziennym świetle. Ten ponury, olbrzymi mężczyzna, którego szczelnie pokrywał złoty kruszec, o siedmiu głowach z wydętymi, murzyńskimi wargami przerażał go nawet bardziej niż dawne opowieści ojca o straszliwych lochach , w których umierali więźniowie polityczni Mendoga. I oto właśnie będzie symbol jego życia. Krwiożercze bóstwo. Ołtarz wolności narodu.
Panicz Zan jeszcze raz pociągnął łyk wina, opróżniając tym samym kieliszek i rozejrzał się za następnym, ale zamiast kelnera ze srebrną muchą pod szyją, ujrzał zbliżającego się w jego stronę i nie kryjącego satysfakcji z jakiegoś tajemniczego powodu, Rathisa. Rath przepychał się dzielnie przez tłum gości , był wystrojony w przepiękny odświętny strój. Miał na sobie wąsko skrojone spodnie-marchewki z połyskliwie granatowego jedwabiu, szeroki amarantowy pas wiązany w biodrach , koszulę również z jedwabiu o kolorze przyćmionego, subtelnego złota z dodatkiem brązu. Ponadto na jego prawym ramieniu migotały wszystkie jego wojskowe odznaki i z daleka wyglądały niczym sznur różnobarwnych cekinów. Całość okalał długi, kremowy płaszcz zaczepiony na delikatnych haftkach.
Zan musiał się uśmiechnąć na ten widok. Rath wyglądał jak…cudak z bajki, chociaż to wcale nie znaczyło, że było mu nie do twarzy . Nie , nic z tych rzeczy –całość czyli kolory i kroje świetnie komponowały się z jego zabójczą urodą, ale w niektórych miejscach przesadził i Zan zorientował się, że to zapewne wina Vil, która jak co roku naciągała Ratha na piękne i drogie stroje, a on dał się w to wciągać, bo po pierwsze łechtało to jego próżność, po drugie-rzadko kiedy był w stanie odmówić swojej małej, złośliwej księżniczce.
- Masz przed sobą najprzedniejszą partię na Antarze- Rath z szelmowską miną podszedł do Zana i powiesił się na jego ramieniu- Prócz ciebie, oczywiście-dodał wybuchając śmiechem.
Ale Zanowi nie było do śmiechu. Namiastka wesołości nie mogła odgonić od niego przykrych myśli.
- Już nie jestem i nie będę dla nikogo przednią partią- odburkną ze złością.
Uśmiech spełzł z twarzy Ratha.
- Co ty opowiadasz , znowu…!-przechylił się na bok i klasną na kelnera- Dwa razy wino !
Zan wyplątał się z objęć przyjaciela i odwróciwszy się w stronę tarasowej barierki smętnie zwiesił z niej dłonie, a wzrok utkwił w rysującym się na horyzoncie drzewie bzu. Stało tam stare, samotne i opuszczone , swoją niebieską koronę zwiesiło smętnie na lewy kraniec jeziora i pojedyncze swoje włosy zdawało się moczyć w jego nieprzeniknionej tafli. Zan pomyślał, że on jest i będzie jak to drzewo- przyrośnie do ziemi antarskiej i będzie w niej trwać samotnie , na straży porządku i spokoju kraju. Pewnego dnia upadnie i pozostanie po nim tylko zakurzona kronika.
- Zan czy ty mnie w ogóle słuchasz ?- obrażony głos Ratha dochodził jakby zza mgły.
- Tak, ja tylko…nie, szczerze to nie. W ogóle nie słucham-przyznał.
- Masz- Rath podał mu kieliszek dopiero co napełniony świeżym trunkiem- Napij się, od razu ci się poprawi. Coś jesteś nie w sosie.
Zan w milczeniu sączył wino.
- Hej, jak tak, to ja mogę sobie pójść …-Rath obruszył się i zaczął iść w stronę wejścia.
- Nie, nie idz – Zan westchnął – Poopowiadaj co tam w wielkim świecie.
Rath natychmiast nabrał swoich dawnych kolorów i żywiołowości.
- Co słychać…Czekaj no aż ci powiem…jestem umówiony na co najmniej pięć schadzek, a jak ! Córka generała Cormaca , piękna Tye dała skraść sobie parę pocałunków, a kto wie co jeszcze się wydarzy…-Rathisowi pociemniały oczy i zagwizdał wesoło- Noc jeszcze młoda !
- Tak, młoda…i czas jeszcze przed nami. I życie, życie…-Zan mówił cicho, a jego twarz jakby pożółkła i zestarzała się w ciągu sekundy. Rath zorientował się, że jego słowa są dla Zana istną torturą. Natychmiast przemienił się w twardego wojownika, zamierzał dowiedzieć się co się naprawdę dzieje z przyszłym następcą tronu.
- Zan co ci jest, stary ?
- Jestem przeznaczony na króla, rozumiesz ?- powiedział głośno, niespodziewanie. Wyglądało to jakby bardziej mówił do siebie niż do Ratha.
- Nie bardzo rozumiem.
- Króla, którego życie ma przypieczętować pokój.
- Jaki znów pokój ?- Rath począł się niecierpliwić.
- Chodzi o pokój zawarty wiele lat temu, po I wojnie antarskiej. Pokój naszego dziadka z Mendogiem. Dziadek podpisał cyrograf na moje życie…Tam jest zapisane, że ...mam poślubić tę, którą historia wyznaczy na następczynię tronu Skórów.
Rathowi zmieniły się oczy. Dłoń zacisnęła się gwałtownie na nóżce kieliszka.
- Oni to ukartowali- odezwał się kipiącym ze wściekłości głosem- Pochowali nas, Zan.

CdN...

Ostatnio jak widzicie lubuję się w balach i potajemnych ślubach (patrzcie Wake me up when September Ends). Nie wiem co mi się stało, ale się ostatnio rozpędziłam :cheesy:
'' It is easier to forgive an enemy than to forgive a friend''

William Blake

User avatar
onar-ek
Pleciuga
Posts: 887
Joined: Mon Aug 30, 2004 4:40 pm
Location: Białystok
Contact:

Post by onar-ek » Sat Oct 22, 2005 11:29 am

Ej krotka ta nowa czesc! Ale przyjemnie sie ja czytalo. Milo oderwac sie od wojen i innych takich i poczytac sobie o balach. Postac Ratha jest swietna! Zabawna i pewna siebie :haha: Taki nasz ukochonay Michael we wczesniejszym wcieleniu :haha: Czekam na kolejna czesc! A moze lepiej napisac kolejna bajke bo takie mam wrazenie czytajac ten ff :cheesy:

Hotori
Obserwator Słów
Posts: 1509
Joined: Sat Jul 26, 2003 4:11 pm
Location: Lublin

Post by Hotori » Wed Nov 02, 2005 6:50 pm

Część 5


Rath szybkim krokiem przemierzał szklane, błyszczące posadzki komnat Reevandolu. Minął rozświetlony kryształowymi żyrandolami-pająkami hol, przeszedł przez salonik koktajlowy i nareszcie zatrzymał się u szczytu wijących się do góry, marmurowych schodów. Dotknął dłonią śliskiej, miedzianej poręczy i zaczął wspinać się na piętro. Kiedy znalazł się u celu, czyli w Sali Lustrzanej, zwanej też balową- od razu wyłowił z tłoku Vil. Sylwetka niepokornej księżniczki odbijała się w lustrze wiszącym na przeciwległej ścianie. Jej ciało odziane w przecudowną , fioletową suknię z tak zwanym rybim ogonem, zmysłowo wyginało się w tańcu , tak że przypominała teraz smukłego łabędzia pląsającego na środku skąpanej w nocnym blasku tafli jeziora.
Ale gdy Rath zbliżył się żwawiej do swojej Vil dojrzał, że nie jest ona sama. Istotnie obłapiał ją w pasie wysoki, przystojny mężczyzna o kruczoczarnych, mocnych włosach . Na razie Rathis tyle mógł tylko zobaczyć, ponieważ para stała odwrócona tyłem do niego.
- Vil !- odezwał się na tyle donośnie by go słyszała.
Vilandra i jej partner obrócili się natychmiastowo. Cała trójka zaczęła nawzajem inwigilować się wzorkiem .
Rath , który widział Vil po raz pierwszy tego wieczora w pełnej krasie, był –już chyba standardowo - pod wrażeniem niesamowitej urody dziewczyny. Z przodu jej suknia miała wycięty imponujący dekolt (co nieuchronnie i nieprzerwanie przykuwało wzrok mężczyzn), a całość sznurowanego gorsetu została obszyta połyskliwymi koralikami. Rękawy sukni na długość łokcia, z powiewającymi, rozciętymi mankietami , uwieńczono koronkowymi falbankami . Długą i zgrabną szyję , na której zwisł prosty naszyjnik w formie złotego wężyka, eksponował wysoki kołnierz . Od talii zaś w dół, ciągnął się pas błyszczącego, pofalowanego materiału, który z tyłu upięty był właśnie w rybi ogon , a ten z kolei przechodził na koniec w tren sunący po podłodze niczym przypływająca fala po piasku. W dłoni Vilandra trzymała wachlarz z barwionych na złoto strusich piór i właśnie w tej chwili chłodziła się intensywnie, wymachując nim tuż przy swojej zarumienionej z wysiłku twarzy. Twarzy-dodajmy, wyrażającej wściekłość i kierującej ją na Ratha.
Dowódca armii antariańskiej nie zamierzał się jednak przejmować i dalej czynił swoje drobne złośliwości, tym razem przenosząc wzrok na nowego wielbiciela Vilandry .
Mężczyzna z pewnością należał do najwyższej kasty społecznej Antaru, co zdradzał duży sygnet na serdecznym palcu prawej dłoni, na którym wyryto inicjały rodowe. Strój jegomościa nie różnił się wiele od typowych dla owych czasów, arystokratycznych ubiorów męskich, no może prócz tego, że zamiast pasa w biodrach znajdował się zjawiskowy rzemień, wysadzany drogimi kamieniami. Rathowi zdążyło przyjść do głowy tyle, że strasznie nie wygodnie musi się tańczyć z takim ciężkim dodatkiem do stroju.
- Vilandro- Rath skłonił się prawie do ziemi, postanawiając zawrzeć oficjalną znajomość z zacnym gościem- Czy poczynisz honory królestwa i zapoznasz mnie z twoim drogim towarzyszem ?
- Książę Khivar, następca tronu Skórów- powiedziała dziewczyna, lekko muskając dłonią ramię magnata, po czym wskazała nią Ratha- Książę Rathis , Dowódca Sprzymierzonych Armii Antaru.
Panowie złożyli sobie ukłony, ale były to ukłony nadzwyczaj krótkie. Khivar wbił jarzące się zielenią oczy w Rathisa. Rath uniósł głowę wyżej i zrobił to samo w odniesieniu do Skóra. Obserwująca całość Vilandra wiedziała na co się poważyła i wiedziała , że była świadkiem swoistego pojedynku na spojrzenia. Rath pierwszy poruszył się niespokojnie, jego twarz zacięła się-w zdawałoby się- nieuzasadnionej niechęci.
- Czy mogę na moment przeprosić , chciałbym zamienić z księżniczką słówko na osobności ?- rzekł , artykułując przesadnie ostatnie słowo.
Książę Khivar posłał Vilandrze lubieżne spojrzenie i nie zaszczycając żadnym Ratha, minął go zahaczając prowokacyjnie o jego ramię.
- Idziemy- powiedział lodowatym tonem Rath, gdy tylko zostali sami , po czym złapał Vil za ramię i nieomal wykręcając je ze stawu, pociągnął ją za sobą w stronę zacisznego saloniku, gdzie nie mógł dosięgnąć ich wzrok ani słuch nikogo z gości , gdzie po prostu mogli pomówić w cztery oczy. I tak w chwilę potem Rath przekręcił klucz w drzwiach od komnaty. Vilandra ze złością wyrwała się z żelaznego uścisku i zaczęła rozmasowywać bolące miejsce na skórze.
- Zwariowałeś !- wrzasnęła- Co ty sobie w ogóle myślisz ?! Że możesz tak do mnie podchodzić i przy tłumie gości ciągnąć mnie za sobą jak konia za uzdę ?!! Ja protestuję, ja …wychodzę !- zakończyła i rzuciła się do wyjścia.
Rath zaszedł jej jednak drogę i krzyżując ramiona na piersiach oparł się o drzwi.
- Zostaniesz- powiedział dobitnie- Zostaniesz , Vil.
- Odsuń się , bo…bo…- piersi wylewały się jej ze stanika pod wpływem wzburzonego, nierównego oddechu.
- Milcz Vilandro- donośny , męski głos rozległ się w pomieszczeniu.
Dziewczyna aż podskoczyła i obróciła się w stronę okna. W samym rogu, przy parapecie stał jej brat. Vil westchnęła i padła na pobliski szezlong, obciągnięty miękkim zamszem. Wszystko stało się jasne. Zan i Rath pewno znów mieli jakieś holendarne problemy ze swoimi proroczymi snami, może na przykład chcieli omówić nowe wizje…czy inne głupoty. Postanowiła zostać, ale tylko na odczepnego.
- O cóż chodzi - zirytowała się- Mówcie, byle szybko , bo ja tu dziś zamierzam się bawić, a nie krzyżować…- wykrzywiła usta- Zan ?
Panicz Zan wyprostował się i podszedł do siostry. Jego oczy mieniły się kaskadami smutku.
- Dziadek powiedział mi o czymś, co może na trwale zaważyć na naszym wspólnym życiu – odpowiedział ostrożnie- Niebawem zostaniemy władającym rodzeństwem Vil, i wtedy przesuną liczyć się bale, zabawa, wyjazdy…Zacznie się odpowiedzialność... Dlatego uszanuj powagę tej rozmowy, dobrze ?
Obserwował ją w napięciu, podczas gdy ona nakręcała kosmyki włosów na palce i z beztroskim uśmiechem kpiny strzygła spojrzeniem to na niego, to na Ratha.
- Zan proszę cię, daruj sobie te czcze kazania-odezwała się- Przejdź do konkretów.
Następca tronu przestał przemierzać pokój od okna i z powrotem.
- Mam nadzieję, że kojarzysz historię Wielkiej Wojny- przysiadł na brzegu kozetki.
- On żartuje, prawda ?- Vilandra wybuchnęła śmiechem, zwracając się do Ratha- To ma być lekcja historii ? – wstała i zakręciła się dookoła własnej osi. Jej suknia rozwinęła się w tym piruecie niczym rozkwitający kwiat.
- Nie, Vil – Rath był o wiele bardziej podenerwowany niż Zan- To może być lekcja na przyszłość.
Vilandra przestała się uśmiechać. Rath i Zan naprawdę zachowywali się dziwacznie, a to prawie zawsze oznaczało jakieś kłopoty.
- Vil…Dziadek kończąc tamtą wojnę podpisał układ pokojowy podyktowany przez Skórów. Jak wiesz był zmuszony przyjąć ich warunki jako strona przegrana. A najważniejszy postulat…dotyczy mnie- zawiesił głos jakby nie miał już siły opowiadać dalej. W istocie tak było, dlatego kiwnął na Ratha by ten go wyręczył.
- Król Senior zobowiązał się , że w ramach zadośćuczynienia Mendogowi za zerwanie związku z jego córką, jego wnuk…zawrze małżeństwo z wnuczką Mendoga. Ma nam zostać przedstawiona dziś wieczór, po uroczystej defiladzie naszych wojsk.
Rath odgarnął włosy z czoła i zamilkł, chowając się w najdalszy kąt komnaty.
- Jak to…?-Vilandra zbladła jak kreda- Mamy zawrzeć unię ze Skórami poprzez twoje małżeństwo ?
- Dokładnie tak- Zan był zmaltretowany tą myślą- Ale pytanie powinno brzmieć czy ty rozumiesz co to dokładnie oznacza…
- Och, to oczywiste ! Ustawiają ci życie !- wybuchnęła wojowniczo. Wbrew pozorom miewała czasami szczere odruchy serca i obchodziło ją osobiste nieszczęście brata – Nie możemy się na to zgodzić…Niech dziadek to zmieni !
- Nie może- Zan pokręcił głową- On już tu nie rządzi. Wiadomo , że by zmienić zapis prawny w jakichkolwiek dokumentach trzeba posiadać władzę wykonawczą.
- Więc niech zrobi to papa !
- Vil, Vil, Vil- Rath wyłonił się z cienia- Zan spytał, czy rozumiesz zaistniałą sytuację…Jeśli uważasz, że tu chodzi tylko o jego życie i jeśli naiwnie wierzysz, że to się da odkręcić…To znaczy, że nie rozumiesz niczego- splótł dłonie i z miną biegłego stratega stanął w centrum, pomiędzy księżniczką a przyjacielem – Zacznijmy od początku. W Parlamencie Antaru zasiadają przedstawiciele wszystkich stanów , ze wszystkich królestw. Są rolnicy, magnateria, kupcy. Są wojskowi , są najemnicy. Ale spójrz kto ma większość rasową ? – potoczył przygnębionym wzrokiem po skupionej, niewieściej twarzy- Skórowie. Jeśli więc przyszła żona naszego Zana jest Skórem i zostanie królową Renvaldich, zgodnie z zasadą podziału władzy , będzie miała prawo do obsadzenia połowy Izby Lordów swoimi ludźmi, do czego zapewne popchnął ją jej doradcy. W ten sposób nasze królestwo utraci nadrzędną pozycję wśród królestw Antaru, a co więcej może dostać się pod hegemonię Skórów. Nie oszukujmy się już więcej. To małżeństwo polityczne, które ma zostać zawiązane w konkretnym celu. Trzeba przyznać, że nawet zza grobu Mendog zdaje się wygrywać. Osiągnie cel. Skórowie przejmą Reevandol. Zniszczą nas.
Zan stal jak słup soli , wyzuty ze wszelkich emocji. Oto jak miało przebiegać jego życie. Stanie się marionetką w rozgrywkach politycznych, a jego własne państwo zostanie wchłonięte przez innego krajowego olbrzyma. On sam zgorzknieje w związku z kobietą, której-nie miał wątpliwości- nigdy nie pokocha.
- Ale, poczekajcie…- Vilandra rozmasowała skronie – To wcale nie musi być takie złe !- klasnęła w dłonie , olśniona – Jeśli okażemy odrobinę dobrej woli możemy współpracować ze Skórami i zbudować megapaństwo , na które każdy będzie mieć wpływ. Dlaczego zakładacie, że oni mają tak podłe intencje ? Wojna to już przeszłość.
- Wojna to już przeszłość ?- Rath uśmiechnął się sardonicznie- Jestem żołnierzem nie od dziś i wiem na te tematy więcej niż ty, moja droga. Skórowie nigdy nie pogodzili się z naszą siłą, z tym, że po każdym upadku jesteśmy w stanie się podnieść. Będą usiłowali nas wyeliminować.
- To nieprawda, Rath !- Vilandra ściągnęła brwi w złości- Nie każdy Skór zieje do nas nienawiścią !
Rath popatrzył prosto w jej wzburzone oczy.
- Ach, no tak…byłbym zapomniał o rzeczy najważniejszej ! – wojownik zwrócił się do Zana- Gdy po nią poszedłem zabawiała się w ramionach samego Księcia Khivara, następcy tronu Skórów ! Czyżby był kolejną ofiarą na twojej liście ?
- To nie twoja sprawa ! – krzyknęła.
- Nie, chwileczkę…- ton Zana zmienił się na nie znoszący sprzeciwu- Następca tronu Skórów z męskiej linii dynastii ? Więc to jest jej brat ! Brat kobiety, którą poślubię.
- Ugh…- Vilandra tupnęła pantoflem w podłogę – I co z tego ! Nawet jeśli zmuszają cię do tego małżeństwa…to nie moja sprawa , ja mogę spotykać się z kim chcę ! Nie mieszajcie mnie do tej waszej głupiej polityki ! Guzik mnie to obchodzi ! Niech papa to rozwiąże !
Zan nie mógł uwierzyć, że ona-jeśli ktokolwiek podważał jej życiowe wybory- była wciąż tak samolubna.
- Niech papa to rozwiąże !- przedrzeźnił ją Rath piskliwym, cienkim głosem- Pewnie, co cię to obchodzi, kiedy masz na oku już upolowaną zdobycz ! Ale to przestaje być zabawa Vil- Rath postąpił parę kroków i ścisnął księżniczkę za rękę- A może to on cię upolował tym razem, co ?
- Puść mnie- wycedziła przez zęby i szarpnęła się- Idę tańczyć.
- Poczekaj jeszcze- nakazał Zan- Czy on ma wobec ciebie poważne plany ?
- Matko…-Vil przewróciła oczami; była u kresu wytrzymałości- To moje życie ! Zajmijcie się swoim ! Skąd niby mam wiedzieć czy ma plany…! Dopiero się poznaliśmy ! Zresztą to i tak nie mają znaczenia , przecież wiecie , że ja się nie wiążę…
- Vilandro jeśli on zechce cię pojąc za…
- To wtedy odmówię ! Przecież zawsze odmawiam !
- Skórowie będą wtedy mieli władzę absolutną !
- Nie chcę już więcej słyszeć o waszej polityce ! – zakończyła z furią i ponownie usiłowała wydostać się z tego domowego aresztu. Tylko, że Rath wciąż tarasował drzwi.
- Nie spotkasz się z nim więcej – rzekł do niej władczo i protekcjonalnie- Obiecaj mi to, Vil.
Dziewczyna posłała mu nienawistny uśmiech, a potem bez wahania wymierzyła mu policzek i wyszła z pokoju.
- Musiałeś ją aż tak wyprowadzić z równowagi ? – spytał Zan.
Rath wyprostował się , usiłując zwalczyć uczucie upokorzenia.
- Wiem co robię Zan, ona nie może się z nim spotykać. Gdybyś tylko ich widział razem…Jego wzrok…Cwaniaczek jest pewny siebie. Tym razem trafiła kosa na kamień. Wierz mi, że to nie jest kolejny naiwniaczek , który będzie klęczał u jej stóp. Boję się tego, Zan.
Rath jeszcze nigdy nie był do tego stopnia przejęty. Zan miał najróżniejsze przypuszczenia. Rath zawsze martwił się polityką królestwa , był przekonany, że jest zbyt miękka. Ale tym razem to nie wyglądało tylko i wyłącznie na troskę o losy Reevandolu. Rath wyraznie martwił się o samą Vil, znacznie bardziej niż przedtem. Czyżby…był w niej zakochany ? Czy był tylko jak zwykle zazdrosny o jej względy, które do tej pory najintensywniej okazywała jemu jako przyjacielowi z dzieciństwa ? Całe życie wychowywali się razem, byli sobie tak bliscy…jak rodzeństwo. Ale czy w pewnym momencie Zan nie przeoczył zmiany kursu uczuć? Fakt faktem, że zarówno Rath jak i Vil byli znani z największej liczy romansów w królestwie, i fakt, że oboje nie przejmowali się ich konsekwencjami, chociaż Rath był nieco roztropniejszy i ostrożniejszy w tej kwestii. Niby nie byli o siebie zazdrośni , jednakże od czasu do czasu te ich przepychanki i uszczypliwości, to droczenie się ze sobą. Czy nie był to pierwszy objaw, wstęp do czegoś głębszego ? Osobiście Zan bardzo by się cieszył gdyby byli razem.
- Ja też uważam, że nie powinna rozwijać tej znajomości- odpowiedział młody panicz , przerywając tok własnych myśli- Na razie jednak zajmijmy się sprawami królestwa. Poczekamy co przyniesie dzisiejsza noc.


Uroczysta defilada wojsk antarskich rozpoczęła się dokładnie o północy. Wszyscy honorowi goście usiedli w specjalnie przygotowanych lożach na tarasie, skąd mogli objąć wzrokiem kolumny żołnierzy , które paradowały przesuwając się w równym szyku po równinie królewskich ogrodów. Wszyscy wojskowi mieli na sobie galowe , turkusowe mundury ozdobione orderami i medalami . Na taki mundur –dokładnie- składały się odświętne pumpy z lamówkami, marynarki dwurzędowe i czapki na których czubkach pyszniły się kremowe pióropusze. Żołnierze maszerowali naga za noga, wystukując rytm swoimi wysokimi, skórzanymi oficerkami. Po zrobieniu okrążenia obrócili się frontowo do największej loży, w której m.in. zasiadał ich dowódca- panicz Rath, i wyprężając się na baczność niczym struny oddali z broni salwę honorową. Po tym wybuchły gromkie oklaski i powoli zebrani z powrotem wtoczyli się do środka pałacu.
Znów zaczęto grać , tańczyć, jeść , rozprawiać. Przyjęcie wrzało. Zan korzystając z zamieszania wymknął się na dwór. Chciał ochłonąć na ostrym, zimnym , wieczornym powietrzu zanim nastąpi publiczne połączenie go z przeznaczoną mu damą. Wyszedł do ogrodu, w którym panowała cisza i spokój. Poszedł do drzewa bzu , stojącego nad jeziorem i oparł się o nie. Wśród szemrających traw wyłaniał się drewniany pomost, który prowadził kawałek w głąb grobli , i do którego przycumowano dwie lekko huśtające się na wodzie gondole. Zan przeszedł przez pomost i zaczął rozplątywać linę mocującą łódź. Miał ochotę przepłynąć jezioro.
- Czemu stoisz tu sam książę ?- kobiecy głos zaskoczył go tak bardzo, że drgnął gwałtownie, a gładkie podeszwy pantofli ześlizgnęły się z drewnianej krawędzi i Zan wylądował w wodzie.
- Panie, o Boże… to moja wina !- wykrzyknęła dziewczyna i bez zastanowienia skoczyła do wody, zanim Zan zdołał zaprotestować.
Gęsta woda jeziora zawirowała wokół szamoczących się postaci. Jednak pomimo względnej grozy całej sytuacji Zan nie mógł się nie roześmiać , kiedy kobieta usiłowała „ratować go” i biorąc pod ramię , ciągnęła do brzegu. Sam potrafił wybornie pływać, więc przejął inicjatywę i to on wyciągnął z wody tajemniczą nieznajomą. Posadził dziewczynę w gondoli i sam wdrapał się na pokład. Patrzyli na siebie oddychając głośno i uśmiechając się głupio do siebie. Ona miała przepiękne, wielkie, niebieskie oczy i długie blond włosy , których mokre , lekko pofalowane kosmyki oplatały seksownie jej ciało, prześwitujące kusząco przez zmoczoną suknię.
- Jesteś Pani wielce nierozważna- rozpoczął Zan uspokajając oddech w swojej piersi- Skaczesz do wody by ratować rzekomo tonącego, podczas gdy sama nie potrafisz pływać.
- Przepraszam Waszą Wysokość- jak najdyskretniej odkrztusiła resztki wody - Ale to była moja wina.
- Czy dzisiaj poznaliśmy się , Pani ?
- Nie zupełnie…- zająknęła się- Ma to nastąpić dopiero za jakieś dwie godziny.
Zanem wstrząsnęła ta wiadomość, a zarazem prostoduszna szczerość rozmówczyni.
- Czy jesteś Pani…?
- O tak, jestem nią. Jestem Księżniczką Avą , z rodu Skórów i przybyłam tu dla ciebie.
Utkwiła w nim hipnotyzujące, błękitne spojrzenie. A Zan nie wiedział co się z nim działo. Coś w środku właśnie się w nim budziło. Radość pomieszana z niedowierzaniem, lęk przeplatający się z nadzieją. Zapomniał nagle o swoim smutku. Zapomniał o zmartwieniach.
- Czy zanim…wrócimy do pałacu…zechcesz pani potowarzyszyć mi na przejażdżce po jeziorze ? – Zan ujął wiosła.
Ava przechyliła się w jego stronę i Zan poczuł, że serce wyrywa się z jego piersi.
- Czy to nie jest przeznaczenie ?- powiedziała i oddała mu usta do pocałunku.


Khivar delikatnie przejechał językiem po szyi Vilandry i lekko szczypiąc zębami płatek jej ucha , mruknął :
- Jesteś pewna, że twoi nadgorliwi bracia nie wtargnął tu za moment z hordą wojska ?
Vilandra niczym rozochocona kotka potarła policzkiem o nagą, idealnie zbudowaną pierś kochanka.
- Mówiłam ci już, że zamknęłam wejście na cztery spusty. Poza tym jesteśmy w tylnym skrzydle zamku. Tu rezyduje tylko służba- odpowiedziała cichym szeptem i jej dłoń powędrowała w kierunku zamka od spodni- Czy możemy skupić się na sobie ?
Ponownie roześmiał się, a jej rozogniły się oczy. Ta żądza…jeszcze nigdy nie drżała tak pod dotykiem mężczyzny. Ten jego wyrachowany, fikuśny uśmiech. Głos naładowany władzą i zdecydowaniem, chropowatą głębią dźwięków. Musiał być już z wieloma , bo naprawdę wiedział, co robić z ciałem kobiety. Jak je zachęcić, jak rozbudzić najdziksze, najbardziej szalone pragnienia.
- Zaraz się tobą zajmę niegrzeczna księżniczko- obrócił ją ku sobie.
Nie spuszczając z niej wzroku, pomału i zwinnie manipulował przy sznurówkach gorsetu. Kiedy ostatni supełek puścił , zaczął ściągać górę sukni z taką pasją jakby patroszył zwierzynę.
- Pocałuj mnie- poprosiła , gdy poczuła nagość swoich białych, mlecznych piersi.
Khivar lekko musnął jej wargi, lecz zanim zdołał zainicjować głębszy pocałunek, coś zazgrzytało w zamku i w progu stanął Rathis.
Vilandra wydała z siebie głośny i krótki pisk , zasłaniając swój negliż poduszką , a Khivar gwałtownie wypuszczając jej rozgrzane ciało z rąk, spojrzał wściekle na Ratha.
- Co to ma znaczyć ? – rzucił dość bezczelnie, już bez ogródek.
Ale Rath był znacznie bardziej rozjuszony. Nozdrza rozszerzyły mu się jak u nieoswojonego lwa, ryczącego, gotowego do walki. Jego oczy ciemniały z sekundy na sekundę, a dłonie zacisnęły się na tyle mocno, że widać było odpływającą z nich krew.
- Wybacz Panie…-wyspał ledwo panując nad sobą- Ale to ja powinienem zadać to pytanie.
Khivar natychmiastowo przybrał swoje barwy wojenne, przywołując na twarz kpiący uśmiech.
- Obawiam się, że muszę wyprosić stąd jaśnie pana – stwierdził Rath.
Khivar machnął niedbale dłonią i wcale się nie śpiesząc, podszedł do fotela na którym spoczywała jego koszula. Wziął ją , ale zanim opuścił pokój schadzek zatrzymał się tuż przy twarzy Ratha.
- Księżniczka poprosiła żebym pomógł poluzować jej gorset, bo strasznie ją cisnął- powiedział- Chciałem okazać pomóc.
Gdy wychodził w uszach Ratha wciąż brzęczał jego usatysfakcjonowany śmiech. Nareszcie zostając z Vil sama na sam, Rath po porostu pozieleniał ze wściekłości. Jego oczy wciąż wbite były w rozsznurowane zapięcie gorsetu , w poduszkę, którą podciągała pod samą brodę …to nie pozostawiało żadnych wątpliwości. I gdy Rath wyobrażał sobie co się tutaj działo zanim wszedł, piekł go każdy nerw.
- Nie wybaczę ci tego !- rzuciła Vil z histerią , a spod jej powiek wypłynęły dwie , niekontrolowane łzy- Jak długo jeszcze będziecie odgrywać moje przyzwoitki !?
Rath nie poruszył się jednak. Stał tak jak stanął, gdy zastał go widok obmacującego ją…i to właśnie ją…księżniczką najzacniejszego rodu, pod tym dachem, jak on w ogóle śmiał…! Jak śmiał…Już on za to zapłaci !
- Nie spotkasz się z nim więcej- powtórzył tępo- Nigdy więcej i ja tego dopilnuję. Nawet nie zbliżysz się do niego na odległość metra.
To powiedziawszy chciał wyjść, ale Vilandra rzuciła się wówczas do jego stóp ze spazmem, niedbale naciągając gorset na właściwe miejsce.
- Rath, Rath…nie rób mi tego…on jest…on jest inny od wszystkich !- zapewniła w gorączce.
Młody dowódca spojrzał w dół na jej twarz i ten widok wstrząsnął nim do głębi. Oto Vilandra- zawsze wyniosłą i dumna , zawsze niezależna i odważna, zawsze obstająca twardo przy swoim, ta, która deptała serca bez litości i uczuć, ta do przed którą klękali. I oto ona klęczy teraz , i leje łzy, i błaga…Czy to była ta sama kobieta co jeszcze przed paroma godzinami ?
- Inny niż wszyscy !- wybuchnął , cofając się od drzwi- Znam mężczyzn lepiej niż ty, bo nim jestem i zapewniam cię, po tym co tu zobaczyłem, że jest dokładnie taki sam jak wszyscy !
Vilandra pośpiesznie otarła łzy i wydęła policzki.
- Spotkam się z nim ! Będę się z nim spotykać kiedy tylko moja dusza zapragnie !- i tak konkludując, zatrzasnęła drzwi tuż przed nosem Rathisa.



Oficjalne przedstawienie sobie Zana i Avy odbyło się niedługo potem w kaplicy przyzamkowej, podczas zamkniętej ceremonii tylko dla ścisłego grona szlachty i rycerstwa Antaru, a także rodziny zainteresowanych. Był więc Zan, Vil, Rath, a także prócz Avy- jej brat-Khivar. Pozostali goście bawili się jeszcze w komnatach, które biły światłem na wszystkie strony świata albo pospali się z przejedzenia.
Rath nie ukrywał zdezorientowania i irytacji, gdy Zan wstąpił do kościoła z błogą miną anioła, w zupełnie nowym stroju i ochoczo przyjął dłoń swej przyszłej małżonki. Widział, że Vil także zdębiała na widok tak radykalnej zmiany podejścia młodego księcia do tych „dyplomatycznych” , wstępnych zaślubin.
- Podajcie sobie ręce- przemówił kapłan i opiekun Świętego Ognia .
Młodzi uczynili to bez wahania, a duchowny przepasał ich złączone dłonie popielatą wstęgą.
- Oto węzeł miłości i wierności, który od tej pory łączy królewską parę i czyni z niej narzeczeństwo, a z Reevandolu i Notosu czyni oblubieńca i oblubienicę . Oto gołąb z jastrzębiem wracają do wspólnego gniazda.
Po tych słowach zabrzmiały uroczyste surmy i młodzi wraz z rodzinami wylegli na dziedziniec. Ciekawscy skupili się tam czekając na otwartą część ceremonii i gratulacjom nie było końca.
Z pierwszym promieniem słońca, który połaskotał ziemię wstawał nowy dzień.


Goście balowi opuścili życzliwą posiadłość Renvaldich dopiero koło południa i na ten moment przed samym zamkiem uczynił się niesamowity rejwach. Karety objuczone podarkami ciężko toczyły się po wybrukowanych alejkach . Wreszcie kiedy ostatni gość zniknął za murami , można było przystąpić do spokojnego sprzątania po całodobowej niemal fecie.
Podczas gdy więc służba krzątała się w pocie czoła, Zan i Rath wybrali się na konną przejażdżkę wzdłuż Run-Raju. Zan był zupełnie odmieniony od wczorajszej nocy. Nadawał non-stop, radość i szczęście były wypisane na jego twarzy. Przeciwnie Rath –kołysał się na koniu milczący i posępny, miał zmęczoną i zestresowaną minę.
- Na Miłość Boską , powiedz, że coś !- wołał wesoło Zan- Czy nie jestem szczęściarzem ?! Kobieta, którą pokochałem od pierwszego wejrzenia, właśnie ona !
Rath pociągnął konia za uzdę i dalej wpatrywał się w dal, przed siebie. Myślał o tym jak fortuna jest zmienna. Jeszcze wczoraj Zan wydawał się przegrany, a on- rozkoszował się swoim życiem. Dzisiaj wyglądało to nieco gorzej dla niego. Vil zapowiedziała , że będzie spotykać się z Khivarem, a kto wie co powie na to Zan, kiedy tamten stał się jego zięciem ? Rath bił się z myślami. Powiedzieć mu o tym zajściu czy nie ? Czuł, że wrze w nim całym, gdy przed oczami stawała mu wczorajsza scena . Nie tylko dlatego, że obchodził go los Vil, ale miał na myśli także –oczywista- politykę. Skórowie wyrznie parli do ścisłego sojuszu personalnego z Renvaldimi, a on upatrywał w tym początku końca królestwa.
- Zan- odezwał się Rath – Muszę ci coś powiedzieć…coś, co raczej nie będzie przyjemne.
- Chodzi o Vilandrę ?- Zan włączył swoją uśpioną czujność.
- Tak. Wczoraj w nocy, kiedy ty spotkałeś Avę…ja nakryłem Vil z Khivarem, w północnym skrzydle…
Nakryłem Vil z Khivarem-tę część Rath wypowiedział tak, jakby miał w ustach co najmniej końskie odchody.
- N a k r y ł e ś ?
- Gdybym przyszedł trochę później, pewnie byłoby po wszystkim…Powiedziałem jej, że ma zakaz zbliżania się do niego. Uważam, że zachował się haniebnie i…
- Chwileczkę. Czy to nie ty mówiłeś o „popuszczeniu smyczy” ?
- Czyżbyś zmienił zdanie i na dobre wszedł w komitywę ze Skórami ?!-Rath podniósł głos.
- Rath, uspokój się…nic takiego nie powiedziałem. Jeżeli Vilandra potwierdzi tę wersję, powiem ojcu i zarówno on jak i ona będą mieli kłopoty. Miewała wiele romansów, ale nigdy nie angażowała się do tego stopnia… ! Poza tym przecież ona w ogóle go nie zna !- Zan zaczynał zarażać się od Ratha pieskim humorem.
- To zupełnie jak ty swojej przyszłej żony – zakpił Rath, ale zaraz dodał poważniej- Wiesz co mnie niepokoi ? Jedna noc, a ona…jakby ją zaczarował.
- Co masz na myśli ?
- Myślę, że on jest niebezpieczny, że gra w coś o czym ona nie ma pojęcia. To pierwszy facet, który nie zabiega o jej względy, a ona o jego ! Dasz wiarę ?! Wiesz co ona mi wczoraj powiedziała ? Że ona jest inny niż wszyscy…
Zan zamyślił się na krótko.
- Musimy z nią pomówić – zadecydował.
- Wątpię czy mówienie coś jeszcze da-Rath tym razem tak szarpnął konia, że ten aż zakwiczał.
- Rath…mogę cię o coś zapytać ?
- Śmiało stary.
- Czy ty kochasz Vilandrę ?
Rath gwałtownie spłonął rumieńcem.
- Oczywiście, że ją kocham. Jesteście dla mnie jak rodzeństwo.
- Nie o takiej miłości mówię, Rath- Zan patrzył pobłażliwie- Mówię o miłości, którą mężczyzna obdarza kobietę.
Rathis poprawił pięty w strzemionach , unosząc się nad grzbiet wierzchowca.
- Kto ostatni przy murach, ten osioł !- powiedział, po czym puścił się galopem prze zielone łąki.


Książę Khivar zwinął pergaminowe dokumenty w dwa , wielkie zwoje i przewiązał je czerwoną wstążką.
- Weź to i jak najszybciej poślij posłańca do Renvaldich- zwrócił się do lokaja stojącego obok biurka - Powiedz mu by oddał to bezpośrednio w ręce księżniczki Vilandry.
- Tak jest, Wasza Wysokość- straszy , siwiejący mężczyzna skłonił się nisko i wyszedł. W skrzydle drzwi minął panienkę Avę, która właśnie szła do swego brata.
- Avo- Khivar podniósł się z rzeźbionego fotela na widok siostry i ujął jej rękę- Witaj. Jak zwykle piękniejesz z dnia na dzień.
- Dziękuję, bracie- Ava rozpromieniła się- Miłość dodaje skrzydeł…także tobie.
- Mnie – w oczach Skóra zaświeciły sztyleciki- A w kim jestem zakochany ?
- Nie udawaj- Ava mrugnęła okiem- Widziałam cię wczoraj z siostrą Zana, księżniczką Vilandrą.
Khivar roześmiał się z wypracowaną egzaltacją i otoczył ramieniem Avę.
- Vilandra…to interesująca kobieta- mruknął.
- Zaledwie interesująca ?
- A może zmieńmy temat na twojego interesującego narzeczonego ?
- Mówiliśmy o nim całą noc !- odpowiedziała cała szczęśliwa – I zapewne jeszcze wiele takich nocy przed nami.
Khivar rozłożył się na skórzanej kanapie i z uwagą lustrował dziewczynę. Dla niego bieg wypadków nie mógł ułożyć się lepiej. Wcześniej przewidywał problemy z połączeniem Avy z Zanem, ale okazało się, że los chciał mu pomóc. Ava i Zan prawdziwie się w sobie zakochali, zatem nie będzie to małżeństwo z rozsądku. A skoro tak, to główną rolę będą odgrywały emocje…Z kolei emocje zawsze dają możliwość manipulacji. Pierwsze zadanie zostało wykonane. Teraz Khivar musiał zająć się Vilandrą. Do tej pory dokonał najważniejszego-rozeznania. Vilandra była oczkiem w głowie obydwu jej aniołów stróżów- brata i najlepszego przyjaciela. Ten drugi był groźniejszy, bo pierwszy wyczuł podstęp, a Khivar nie zamierzał wmawiać sobie, że jest inaczej. Dlatego właśnie najtrudniejszą częścią planu było wymyślenie jak pozbyć się Ratha.
Co się tyczy samej Vil , to ta kwestia była banalnie prosta. Khivar znał ten typ kobiety. Była rozkapryszona i pewna siebie, póki dostawała to czego chce. Khivar natomiast zamierzał ją poskromić jej własną bronią . Byli do siebie podobni jak dwie krople wody i właśnie to będzie przyczyną jego sukcesu. Do tej pory Vil spotykała facetów, od których mogła wymagać wszystkiego, którzy płaszczyli się przed nią i ulegali prośbom. On zamierzał zamienić role i zniewolić księżniczkę.
- Wiesz, że śmiejesz się sam do siebie ?- słowa siostry przywróciły go do rzeczywistości- Myślisz o niej ?
Khivar pogłaskał delikatną, kobiecą dłoń.
- Cały czas, Avo. Cały czas.


Rath zszedł z konia i rozprostował kości. Obserwował horyzont wyglądając Zana. Wiedział, że wygra ten wyścig. Zawsze wygrywał z Zanem w tej konkurencji. Jego niezawodna technika zakładała ściągnięcie pięt maksymalnie do dołu i szczelne zaciśnięcie ud po bokach siodła. Zsynchronizowanie ciała z ciałem konia było niezwykle ważne.
Nareszcie u wylotu drogi zarysował się kształt sylwetki jeźdźca. Rath wyszedł dalej , na spotkanie swemu druhowi.
- Hej, Zan !- zawołał donośnie- Pośpiesz się, bo nie pobijesz nawet wyniku Vil !
Jeździec pozostał milczący. Dopiero po jakimś czasie Rath dojrzał, że na koniu nie jechał Zan, a jakiś obcy mężczyzna.
Był młody i energicznie popędzał rumaka szpicrutą. Miał na głowie kapelusz z czerwonym piórem przekręcony na bakier i bluzę przepasaną błyszczącą szarfą , na której zaczepiona była skórzana sakwa. Tuż przed bramą wjazdową do miasta wstrzymał konia i pociągnął za sznur od dzwonów, które schowane pod kopułą wieży strażniczej wydały z siebie głośny, dumny dźwięk, podnosząc alarm. Nim zdążyły umilknąć w drewnianej, masywnej powierzchni bramy otworzyło się małe, kwadratowe okienko ,w którym zaświeciły bystre oczy strażnika.
- Kto idzie ?- spytał gwardzista.
- Poseł od Księcia Khivara z pilnym listem do Księżniczki Vilandry-zakomunikował posłaniec.
- Otworzyć bramy , opuścić rygle !- ryknął stróż i na jego komendę potężne zamki i trybiki poszły w ruch.
Nim jednak poseł zdołał znaleźć się za murami dopadł do niego Rath.
- Dowódca Armii Antaru, Książę Rathis- wystrzelił szybko- Co wieziesz ?
Wysłaniec ściągnął nakrycie głowy i przyłożył je do piersi, skłaniając głowę.
- Jestem posłem od Księcia Khivara i wiozę list dla księżniczki Vilandry.
- W takim razie twoja misja spełniona- odpowiedział Rath pewnym głosem i wyciągnął dłoń- Oddam to księżniczce.
Poseł mocniej zacisnął pięść na sakwie.
- Przykro mi panie, ale dostałem polecenie by dostarczyć bezpośrednio do rąk własnych.
- Zwalniam cię z tego przyrzeczenia jako jeden z gospodarzy- zripostował Rath- Oddaj mi list.
- Wybacz panie po sto kroć, ale z mojego przyrzeczenia może zwolnić mnie tylko mój pan- posłaniec poprawił się w siodle i odjechał.



Przy obiedzie panowało dręczące wszystkich milczenie. Vilandra usiadła naprzeciw Zana , po prawej ręce mając Ratha. Zan Senior i Zan II wraz z małżonką byli już po posiłku i odeszli do swych komnat.
- Ojciec obiecał kupić nowe konie- Zan podjął próbę rozmowy.
Vilandra wzruszyła ramionami bez słowa , usiłując przekroić twarde jak kamień mięso. W rezultacie nóż ześlizgnął się jej z zeschłej krawędzi i wydał nieprzyjemny pisk , uderzając o powierzchnię talerza.
- Myślę, że jak skończymy powinniśmy pojechać na targ wszyscy razem i wybrać sobie nowe konie-naciskał dalej.
- Znakomity pomysł- Rath przytaknął i obrzucił Vilandrę szybkim, niby to zupełnie przypadkowym spojrzeniem.
- Nie dziś- stwierdziła sucho- Dziś nie mogę.
- Doprawdy ?- Rath uniósł brwi- A co cię zatrzymuje ?
- Spotykam się z Lourdes. Idziemy na piknik . Takie tam, babskie pogaduszki.
- Ach, babskie pogaduszki…A co z listem od twojego kochasia ?- wypalił Rath.
Zan usiłował kopnąć go pod stołem zanim to powiedział, ale w tej chwili było już zdecydowanie poniewczasie. Vilandra trzasnęła sztućcami i odsuwając się zamaszyście z krzesłem , wstała.
- Nie jadę z wami i nie możecie nic na to poradzić- fuknęła- Jestem wolna , przykro mi. A treść listu, pozwolicie, że zachowam dla siebie.
To powiedziawszy wyszła.
- Pojedzie do niego- Rath stracił swój wilczy (po przejażdżce oczywiście) apetyt- To pewne.
- Posłuchaj…może dajmy sobie z tym chwilowo spokój. Zawsze robiła co chciała, szła na żywioł…Jest dorosła, nic z tym nie zrobisz- Zan zaczynał być znużony tematem Vil. To było jak porwanie się z motyką na słońce.
Rath popatrzył w okno. Na horyzoncie zbierały się ciemne, pieniące się chmury. Szła nieuchronna burza. Tak-pomyślał- dziś będzie długo padać.
'' It is easier to forgive an enemy than to forgive a friend''

William Blake

Hotori
Obserwator Słów
Posts: 1509
Joined: Sat Jul 26, 2003 4:11 pm
Location: Lublin

Post by Hotori » Wed Nov 02, 2005 6:58 pm

cóż...zaczynam się zastanawiać nad tym co robię nie tak...umieściłam już kolejną część Pereł komentarzy nie widać, dałam parę krótkich opowiadanek, ale też jakoś licho z komenatarzami...
'' It is easier to forgive an enemy than to forgive a friend''

William Blake

User avatar
Athaya
Zainteresowany
Posts: 298
Joined: Sun Jun 20, 2004 2:14 pm
Location: Kalisz

Post by Athaya » Thu Nov 03, 2005 2:41 pm

Nic nie robisz źle tylko sępiki nie mają zapewne czasu tak jak na przykład ja :? Oczywiście czytałam już wcześniej 5 część, ale co chwila ktoś mnie odciągała od kompa, a jeszcze w domu roboty full i szkoła... :evil:

A część :twisted: Część jest wprost bombowa!
Niezwykle mi się spodobało spotkanie Zana i Avy :lol: Skoczyła biedaczka do wody choć wiedziała, że nie potrafi pływać :lol: Jedno co mi nie pasowało to ciuteńke dziwne zachowanie podczas ich rozmowy. Nie powiem dokładnie w którym momęcie, ale tak właśnie jest :roll:

Relacja Khivar-Vilandra. Tu aż iskrzy choć na początku para została pokazana w niewielkim stopni, ale potem scena w komnacie... Hmm. Ładnie opisane :lol: Ale nie podoba mi się plan Khivara, chce zniewolić księżniczkę. Taki ładny, a takie złe rzeczy robi. Bebe chłopiec :lol:

Rath- Zawsze mam przed oczyma Michaela i miałam niezłą polewkę czytając o jego generalskim stroju :lol: I o tym jak biedak zakochonay w Vil się męczy. Mógł by jej powiedzieć o tym wprost! Przynajmniej wiedział by dokładnie jak stoi z uczuciami. Eh ta miłosc....

Mam też jedno pytanko? Czy te królestwa. które tutaj opisujesz to są na osobnych planetach czy też historia rozgrywa się w realiach ziemskich? Bo wszystko na to wskazuje :twisted:
Czekam na kolejną część!
Image

User avatar
Cicha
Nowicjusz
Posts: 125
Joined: Sun Jun 20, 2004 10:17 pm

Post by Cicha » Sat Nov 12, 2005 2:52 pm

Bardzo przepraszam Hotori, że nie dotarłam tu wcześniej, ale już jestem. :oops:

Muszę przyznać, że uwielbiam to opowiadanie. Po części za wspaniały sposób w jaki przedstawiasz Ratha, który w "Perłach" wzbudza we mnie najwięcej uczuć. Zawsze wyobrażałam sobie, że taki właśnie byłby Michael, gdyby w jego życiu nie pojawił się Hank (Bo trzeba przyznać, że to przez to, jak bardzo krzywdził go Hank, stał się taki zamknięty i nieufny :? ).

Drugie, co mnie tak przyciąga to - jak już wcześniej słusznie zauważyła bodajże Ela - Twoja niezwykła wyobraźnia. Ale sukces tego opowiadania to nie tylko zasługa Twojej wyobraźni, ale także doboru słów, których używasz w chociażby opisach krajobrazów. Sęk w tym, że Twoje opisy przepełniają niesamowicie silne uczucia. Niektóre są mroczne i przygnębiające, a niektóre wręcz na odwrót - kolorowe i wesołe.

Mam nadzieję, że brak komentarzy za bardzo Cię nie zniechęcił do kontynuowania tej historii i liczę, że wkrótce będę miała okazję przeczytać następny rozdział. :)

PS. Do "Rzeki..." też niedługo dotrę. Metoda małych kroczków. :cheesy:
"I have never had a love like this before, neither has he so..."

Hotori
Obserwator Słów
Posts: 1509
Joined: Sat Jul 26, 2003 4:11 pm
Location: Lublin

Post by Hotori » Mon Nov 14, 2005 5:16 pm

Cicha :mrgreen: kocham cię ! 8) :lol:

Powiem wam cos- chodzi o to, że ja swoja wzizję Antaru mam już dawno w głowie, ale zamierzam ją rozwinąć w Rzece własnie...kiedy nasi bohaterowie pojadą na Antar, co zresztą juz zapowiadałam w tamtym temcie. Dlaczego mnie tak ucieszyłas Cicha ? Poniewaz mam okrutne zmartwienia dotyczące moich ficków. Nie da się ukyć, że ostatnio nie wpadało tu za dużo osób, a chodzi o to, że ja mam wciąz obsesję na tym punkcie, że ktoś potem powie, że ja coś wizięłam od kogoś...A tymczasem to nieprawda, bo każde słowo w Rzece jest pieczołowicie dobrane, ustalone...tak samo jak w Rapsodii. Problem w tym, że ja wciąż coś tam poprawiam i na razie tego nie dam, zresztą na razie muszę skończyć Perły i Klątwę. I w sumie ktoś się może popukać w głowę po co ja sie tym martwie skoro i tak nie ma opowiadania gdzie by sie coś nie powtórzyło, jakieś idiomy, frazy, stwierdzenia potoczne, a poza tym ja mam przeciez żelazne alibi -po pierwsze Lizziett , która jako moja powierniczka zna wszystkie moja pomysły i wie , że np Błękitna Seria opierać ma się na wojnie między Ziemią a Antarem, a z kolei zapowiedz Rzeki też już jest i wiecie, że akcja dzieje się tam po Departure. Sa tez posty-głownie w tym temacie -które zapowiadaja te opowiadania, bo jak wiecie już dawno mialam te obawy. Poza tym jeszcze Nan-tez wie wszystko, i to w tym -ze szczególami. Tak więc chyba nie mam się czym martwic prawda ? Tym bardziej, że Perły mają juz niemal rok i co za tym idzie-niewiele mniej zapowiedzi ficków. No i jeszcze -jeśli pamiętacie- te same zapowiedzi były w moim pokoiku poezji, ale nieszczesliwie go wykasowałam...

całuję i ściskam wszystkich, którzy we mnie wierzą i dodają mi otuchy
'' It is easier to forgive an enemy than to forgive a friend''

William Blake

User avatar
ADkA
Fan
Posts: 555
Joined: Fri Mar 12, 2004 10:07 am
Location: g.Śląsk
Contact:

Post by ADkA » Wed Nov 16, 2005 9:28 pm

Dobra, a gdzie tu miejsce dla Liz? :wink:

Hotori, malutkie pytanko, gdyż jestem pod wrażeniem opisów garderoby 8) Na czym się wzorujesz, masz jakieś katalogi czy co? Srtoje, które opisujesz są wręcz namacalne.. :respekt:
Ja wiem, że nie na tym rzecz polega by się zachwycać strojami, ale kurczę, dawno nie czytałam takich dobrych opisów. I nie mówię tu rzecz jasna tylko o garderobie!
Ogólnie wszystko mi idealnie pasuję, klimat, cała ta intryga Skórów, irytacja Ratha..
No, może za wyjątkiem tego:
va przechyliła się w jego stronę i Zan poczuł, że serce wyrywa się z jego piersi.
- Czy to nie jest przeznaczenie ?- powiedziała i oddała mu usta do pocałunku.

Zaiste, szybko im poszło? :twisted:
"Żal jest potrzebny, żałując swoich pomyłek, uczymy się na błędach. Ale na Boga, nie pozwól, by rządził twoim życiem. Zwłaszcza, że nigdy nie będziesz pewna, że zobaczysz następny wschód słońca."
Hotaru "Freak Nation"

Hotori
Obserwator Słów
Posts: 1509
Joined: Sat Jul 26, 2003 4:11 pm
Location: Lublin

Post by Hotori » Thu Nov 17, 2005 7:14 pm

Aduś-nie, ja się na niczym nie wzoruję, naprawdę. Po prostu opisuję to co ogólnie każdy z nas zna z życia. A to, że odnajduję w tym pewną łatwość- nie wiem...może i mam iskrę od Boga :wink:

Co do Zana i Avy- szybko poszło, ale jak będzie się żyło ? :twisted:
'' It is easier to forgive an enemy than to forgive a friend''

William Blake

Hotori
Obserwator Słów
Posts: 1509
Joined: Sat Jul 26, 2003 4:11 pm
Location: Lublin

Post by Hotori » Thu Nov 24, 2005 10:59 pm

Część 6


- Więc już zdecydowałeś …?- Michael przeniósł spojrzenie swoich wąsko wykrojonych oczu na Maxa.
Starał się udzielać w dyskusji częściej niż zazwyczaj, byleby tylko nie myśleć o Marii. Ta cała świąteczna afera zaczynała go nieźle wkurzać. Nie wiedział jak to nazwać, ale brak Marii –to że nie słyszał codziennie jej naukowych wywodów dotyczących jedzenia kiełków, jej wykładów na temat armoterapii - wytrącało go z rytmu życia. Skoncentrowanie się na czytaniu notatek stawało się problemem, wybuchy Kevina przed telewizorem kiedy oglądali mecz drażniły go, nawet taki szczegół jak bałagan w kuchni zaczął doprowadzać go do szału.
Z Marią było inaczej, wszystko to miało jakiś sens i skład…Brudne naczynia i kwestia kto ma je zmyć to zawsze był powód do wysłuchania jej opinii na temat traktowania kobiet przez mężczyzn, równouprawnienia i różnic gatunkowych. Kiedy on oglądał mecze zasypiała przy nim , a po obudzeniu się z irytacją marszczyła nos i zaczynała wdychać cały arsenał olejków. Brakowało mu tego jak diabli, tak bardzo , że i teraz nie był wstanie skupić się na sednie dyskusji, choć przecież od momentu kiedy cała ich trójka spotkała się u Izzy minęły już trzy godziny.
- Myślę, że tak. Pójdę tam sam…-głos Maxa z trudem przebijał się przez jego myśli . – Jeżeli on chce się zobaczyć tylko ze mną, to muszę rzeczywiście pójść tylko ja.
Isabel odchrząknęła.
- To może być niebezpieczne Max…Poza tym jutro siadamy przy wigilijnym stole – odezwała się- Michael ?
Jej czysty, wysoki ton docucił go ostatecznie.
- No cóż, jestem za – wzruszył niedbale ramionami- Alex czy nie, ostrożności nigdy za wiele…
Max wygiął usta w pobłażliwym uśmieszku.
- Rada stulecia…
- Słuchaj Max, jak coś ci się nie podoba, nie każę ci tego robić. – wybuchnął znienacka Michael- Nie mam czasu na takie pierdoły, mam całą masę innych spraw. Wychodzę…
Zarzucił kurtkę na ramię i zniknął im sprzed oczu. Tylko siła z jaką trzasną drzwiami , dała jeszcze znać o jego wściekłości.
- Co go ugryzło ?- Isabel obrzuciła brata zaskoczonym spojrzeniem.
- A co , jeśli nie Maria…- burknął.
W tej chwili frapowała go jedynie tajemnica Alexa…

Brnąc przez kolejne ulice usiłował wyładować energię, która nagromadziła się w nim całym i powodowała , ze miał ochotę zniszczyć wszystko co miał przed sobą. Jeszcze trochę i zacznę wysadzać szyby w samochodach, pomyślał. A przyczyną znów będzie nie kto inny tylko Maria. Maria.
Westchnął. Kompletnie bez sensu. Przecież przysiągł sobie, że tym razem nie będzie się płaszczył. Kiedy przed laty-wtedy gdy w Roswell -rozdzielił ich Billy, na przeprosiny przyniósł jej kwiaty…ona zerwała. Od tak. Więc właściwie czemu nie miałaby zrobić tego teraz ? Czy opłacało się przepraszać ? Z drugiej strony sama powiedział mu to w twarz…Czy od wczoraj mogła zmienić decyzję ? Nie. Zaraz. Mała poprawka- tak. Była przecież kobietą, a nie dziś odkryto Amerykę…kobiety były dość zmienne z natury. No i to, że była Marią. Marią Deluca, czyli wyjątkowo zmienną kobietą. Ech, nie dogodzisz…
Zatrzymał się. Był dokładnie pod domem i to de facto pod swoim-w końcu kto jak nie on dokładał tę połowę na czynsz ?Wyjął klucze i nie zastanawiając się dłużej przekręcił klucz ze zgrzytem. Czy to jest takie proste ? Wejść z powrotem do tego domu, do tego drogiego mu serca ? Czemu nie uczynił tego wcześniej ? Czemu nie wszedł, tylko się wdzierał ?
- Michael …?!- Maria stała jak wyryta na środku przedpokoju, z dwoma butelkami piwa w rękach. Przez pierwsze sekundy obserwowała jak Michael mocuje się z zamkiem , którego oporny klucz nie chciał opuścić. Jej pierwsza szokowa reakcja powoli jednak przechodziła do historii ustępując miejsca uszczypliwości, co dało się poznać po wykrzywionych brwiach.
– Co tu robisz ? – spytała w końcu podpierając się pod boki- Chciałeś skorzystać z WC ?- uśmiechnęła się sardonicznie.
- Wyczuwam entuzjazm – odgryzł się podchodząc do niej na tyle blisko, że słyszała jego przyspieszony oddech. – Przyszedłem po…po…- Michael w akcie rozpaczy usiłował wymyślić najlepszy pretekst – po moje płyty !- klasną w dłonie zadowolony z siebie.
- Płyty – przez twarz Marii przemknęło okrutne rozbawienie- Jakie płyty ?
Michael pozieleniał ze strachu.
- M o j e u k o c h a n e p ł y t y M e t a l l i c i !
- Ach, tamte, które leżały na komodzie ? – Maria zatrzepotała rzęsami- Musiałam je wyrzucić, Kosmiczny Chłopcze.
- Co takiego ?! –kosmita z zielonego zrobił się fioletowy- CO TAKIEGO ?!
Dziewczyna postawiła butelki na szafce obok i nagle wybuchnęła niekontrolowanym śmiechem. Jej drobne ciało osunęło się w drgawkach wzdłuż ściany, by zatrzymać się w kurczowym zgięciu na wykładzinie. Michael stał i patrzył i coraz mniej z tego rozumiał. A skoro czegoś się nie rozumie to wygodniejszym wyjściem jest pójście o krok dalej. Michael nie czując już zagrożenia życia uczynił ten krok, a nawet więcej i przysiadł koło Marii, zamykając ramiona wokół jej talii. Śmiech ucichł w niej tak szybko, jak się z niej wyrwał.
- Jesteś bardzo nieładnym kosmitą wiesz …?- odezwała się cicho, jeszcze ze śmiechem w oczach. – Naprawdę uwierzyłeś, że wyrzuciłam ci twoje ukochane skarbki ?
- Na świecie mam tylko jeden ukochany skarbik- powiedział mrużąc oczy- Ale w tej chwili mam ochotę zrobić mu coś brzydkiego.
- Co takiego ?- uniosła głowę , spoglądając prosto w jego oczy.
Zatrzymał na niej spojrzenie łakomie pochłaniając blaski tańczące w jej źrenicach. Było mu teraz tak dobrze i ciepło, zupełnie jakby byli tylko sami na świecie i ta właśnie chwila, magnetyzm dotyku , bliskości , szeptów…Jedność miejsca i uczuć.
- A to - odezwał się cicho odgarniając kosmyki włosów z jej czoła, a następnie nachylił się i odcisnął pocałunek na wargach Marii. To była krótka i gwałtowna pieszczota. Michael zakończył ją pierwszy i wrócił do rozmowy :
- Kevin to całkiem fajny gość, ale kiedy z nim byłem…Nie wiedziałem czemu się tak czułem...tak jakbym wrócił do przyczepy, do Hanka…Teraz wiem – odchylił jej twarz , zaglądając głęboko w źrenice- Bez ciebie wciąż będę się tak czuł. Jakbym się stamtąd nie wyrwał…
- To naprawdę piękne, ale…Och, zamknij się już - wymruczała mu do ucha, otulając jego twarz swoją.- Wolę jak mnie całujesz…Teraz lepiej zdejmij tę kurtkę i chodźmy, bo widzisz mój Kosmiczny Chłopcze…mam gościa. –Maria wstała z klęczek i otrzepała spodnie, prostując nogi.
- Gościa ?- Michael oklapł – Jakiego znów gościa ?
- Po prostu chodź- Maria wyciągnęła dłoń i holowała kosmitę aż do salonu.
Zaś w salonie na jednym z dużych - jakby dmuchanych , obciągniętych skórą foteli siedział chłopak. Mógł być co najwyżej o dwa lata starszy od Michaela, miał szeroko rozrośnięte, umięśnione ramiona i uśmiech na pół twarzy. I niebieskie oczy. I był niemal białym blondynem.
- To jest Richard –powiedziała Maria do Michaela, a potem zwróciła się do Richarda-To mój chłopak, Michael.
Mężczyźni podali sobie szybko ręce. Ściśle, to ze strony Michaela był to bardzo mierny uścisk.
- Znowu razem, co ?- Richard zacmokał.
Michael zbaraniał i obrzucił Marię nagannym spojrzeniem.
- A ty w zasadzie…kim jesteś ?- Guerin rozsiadł się na kanapie naprzeciw.
- Przyjaciel.
- Przyjaciel- Michael pokiwał głową w kierunku swojej dziewczyny- To dziwne, że o tobie nie słyszałem, bo zazwyczaj znam wszystkich przyjaciół Marii.
- No cóż ja i Richard znamy się od dwóch dni. Jest instruktorem narciarskim i pojedzie z nami na narty-zakomunikowała z radością Maria .
Michael zaklął cicho , po czym momentalnie przywołał uśmiech na swoją twarz.
- Richardzie przeprosimy cię na chwilę , dobrze ?- powiedział z przesadną egzaltacją i niewiele się zastanawiając zabrał Marię do przylegającej obok kuchni.
- Możesz mi to wyjaśnić ?- zaczął swoim zwyczajowym, napastliwym tonem, przymykając drzwi wejściowe - Co ten burak o wyglądzie kena tu robi , hę ?
- Zaprosiłam go żeby omówić nasz wyjazd- w głosie Marii znać było zdziwienie pomieszane z irytacją - Tylko tyle.
- Tylko tyle, tak ?- Michael zionął złością – A gdybym nie przyszedł dzisiaj, gdybym nie wyciągnął ręki do zgody, to co ? O m a w i a ł a b y ś z n i m wyjazd s a m n a s a m ?
- Zaraz- Maria okopała się na pozycji atakującego- Ty wyciągnąłeś rękę na zgodę ? Ty ?! Przyszedłeś tu po swoje płyty ! Żałosny materialista !- pięść Marii trzasnęła w stół.
- A ty godna potępienia erotomanka !
- Chcę żebyśmy pojechali razem !
- Czyli w trójkę-żachnął się Michael- Dziękuję ci za tę możliwość. A skoro innej nie ma , to raczej nie spędzimy tej świątecznej przerwy razem…- Michael powiedział to tak jakby już stawiał kropkę w tej dyskusji i prostując się dumnie nacisnął klamkę, ale w tym samym momencie Maria złapała go za rękę.
- Michael, proszę…Nie chcę znów się pokłócić. Chcę żebyśmy tam pojechali -odezwała się znacznie potulniejszym głosem.- Naprawdę.
Michael Guerin patrzył w jej oczy , z których znikła zaciętość i siła kobiet Deluca , a pozostała czułość i wrażliwość, i być może to go trochę udobruchało, ponieważ nagle również spuścił z tonu.
- Ale ja wcale nie umiem jeździć na nartach- westchnął- Chyba , że masz zamiar potem doglądać kaleki i spędzić z nim całe życie-uśmiechnął się zaczepnie.
- Richard cię pouczy i jakoś sobie poradzimy- Maria wsunęła dłonie w kieszonki spodni Michaela i przytuliła się do niego całym ciałem- Zgadzasz się Kosmiczny Chłopcze ?
Michael pogłaskał ją po policzku, wyrażając może niechętną, lecz ostateczną aprobatę . On zrobiłby wszystko co tylko leżało w jego mocy dla osoby dzięki której przestał bać się miłości. Bo kiedyś bał się kochać i bał się być kochanym, nie potrafił angażować się uczuciowo ani ufać ludziom. Dzięki Marii to się zmieniło, zmienił się on, zatem jak mógł nie spełnić tej prośby ? W duchu wciąż nie był przekonany do tego pomysłu, ale czy miał jakieś lepsze wyjście ? Nauczenie się dla Marii grania na gitarze było dla niego nieosiągalne, ale narty…Pfff ! Hipotetycznie to nie mogło być zbyt trudne, prawda ?

***
Wigilia Bożego Narodzenia przebiegła dla rodziny Czechosłowaków pod znakiem spokoju i radości , bo w finałowym rozrachunku wszyscy jak zwykle spędzili to święto wspólnie, a Maria wcale nie narzekała, że musiała zrezygnować z użycia swoich elektrycznych świec. W końcu ona i Michael mieli jeszcze przed sobą dwa tygodnie białego szaleństwa i ogólnego leniuchowania, a zatem mnóstwo okazji do zorganizowania romantycznego wieczoru gdzieś tam, w małym , przytulnym domku w górach. Poza tym w mniemaniu Marii Richard Wilkins nie był żadną przeszkodą czy wadą tego wypadu , to jedynie Michael widział w nim piąte koło u wozu…Co było oczywistą demonstracją zazdrości z jego strony, typowym przykładem samczego pragnienia dominacji.
Właśnie o tym myślała Maria podczas powrotu z wigilijnego przyjęcia Evansów. Brnęła przez wydmy śniegu wraz z Michaelem i nawet szczypiące w policzki zimno nie zniechęciło jej do wesołego nucenia pod nosem.
- Jutro pójdziemy kupić ci narty i strój narciarski…-odezwała się, szczelniej ogacając szyję i twarz szalikiem- Ja też kupię sobie strój. Potrzebny mi nowy.
- A co jest nie tak ze starym ?- Michael objął Marię w pasie.
- To, że jest stary- zaśmiała się- Nie znam kobiety , która by nie przywiązywała wagi do wieku swoich ciuchów.
- Niektóre z tym przesadzają – Michael zamrugał.
- Czyli które ?
- Nie znasz- zachichotał i zaraz skapitulował- Ale oczywiście nie ty. Ty masz idealne wyczucie. Jeśli chodzi o zakupy twoja kobieca intuicja działa bez zarzutu !
- Za twój samczy instynkt…
- Tylko nie samczy, dobrze ?- Michael spochmurniał- Twoja matka nadaje się tylko do programu Oprah Winfrey. Tam hołubią takie teorie.
- Nie zaczynaj z moją mamą, zielony potworze-ostrzegła Maria- Jej uszy i oczy są wszędzie.
- Wierzę-mruknął Guerin- Szczególnie tam gdzie jestem ja. I ty.
Maria wzmocniła uścisk wokół ręki chłopaka i przez parę minut oboje szli w całkowitym milczeniu, że tylko twardy, ubity śnieg skrzypiał im pod podeszwami.
- A co ty uważasz o wizycie Alexa ?-wyrwało się niespodziewanie Marii.
Michael popatrzył na nią zmęczonym wzrokiem.
- Uważam, że …że powinniśmy to sprawdzić. Ale bez paniki.
- Coś jesteś jakiś nijaki , hmm ?-zajrzała mu w twarz.
- Bo Max mnie wkurza- uwolnił się od ręki Marii i wbił dłonie w szerokie kieszenie kurtki- Najpierw sam nie chce do tego wszystkiego wracać, odżegnuje się od …no wiesz…tamtych spraw, a potem zawraca wszystkim głowę !
- Powiedziałabym , że to Alex zawraca nam głowę, jeśli już.
- Naskakujesz na niego ?- zdziwił się Michael- Zazwyczaj go bronisz- wzruszył ramionami- Wy wszystkie jesteście takie same. Zmienne jak chorągiewki.
- Nie naskakuję , tylko usiłuję zrozumieć co się dzieje- wyjaśniła ugodowo dziewczyna- Kiedy spotyka się ze mną i Liz jest taki…beztroski. Jak dawniej.
- No to ja już się pogubiłem-przyznał kosmita- Może to w ogóle jakieś halucynacje .
- Rozmawialiśmy już o tym. To nie są zwidy. Isabel…
- Isabel była nim zauroczona.
- Co z tego ?
- Nie jestem pewien czy się z tego wyleczyła.
- Ona nie kłamie, Michael. Ja i Liz też widzimy Alexa- Maria mówiła bardzo emocjonalnie.
- Nie powiedziałem, że kłamiecie. Po prostu może …sobie to wmawiacie.
- Nie !- Maria stanęła- Nie wmawiamy !
Michael obrócił się. Zza zwiniętego szalika z grubej, czerwonej wełny i kaptura, który ściągnięty sznureczkami stał się ochroną przed mroźnym powietrzem , wystawał sam nos i usta.
- Maria daj już spokój- rozłożył ręce- Chodźmy do domu.
- Nie idę- pokazała język- Nie wierzysz mi, więc nie pójdę !
Michael pokręcił głową i roześmiał się perliście.
- Jak będziesz wystawiać język na ten ziąb to ci w końcu zamarznie – powiedział. – I w sumie to będzie chyba jedyna przysługa jaką wyświadczy mi matka natura.
Biała śniegowa kula z impetem uderzyła w kolano kosmity i rozprysnęła się w śniegowe okruszki.
- Nie pójdę !- Maria skakała w miejscu szykując kolejny śniegowy pocisk.
- Jak dziecko- wyszeptał Michael i zanim Maria zdołała wycelować podbiegł do niej i wziął ją na ręce , dosłownie przerzucając ją sobie przez ramię.
- Puść mnie !- wołała Maria przez śmiech- Na pomoc ! Ratunku, straszny kosmita chce mnie porwać !
- Chce cię pocałować- przerwał jej Michael i zrobił dokładnie to, co chciał.


- Max pójdę tam z tobą- Liz kołysała w ramionach zaspaną Ash, podczas gdy Max wywinął kaptur swojej puchowej kurtki- Alex ceni moją obecność.
- Nie kochanie. Powiedział, że zobaczy się wyłącznie ze mną- Max pokręcił głową. – Poza tym nie można zostawić Ash samej-delikatnie pogłaskał małą po główce.
- Zostanie z nią Isabel. Jeszcze nie wyszła- powiedziała Liz, a małe rączki poruszyły się i silniej zacisnęły się wokół jej szyi.- Nawet jeśli skończyliśmy już oficjalnie celebrować, to przyznasz , że w noc wigilijną nikt nie chce być sam. Michael i Maria się zabrali, my mamy siebie, a Isabel ? Z pewnością nie ma ochoty wracać do pustego mieszkania.
Max zabrał z szafki klucze i wrzucił je do przepastnej torby.
- Nie Liz, proszę cię. Chcę iść sam.- powtórzył raz jeszcze- To noc wigilijna, ale niczego nie można być pewnym. W razie czego wolę mieć tylko siebie na sumieniu.
- Nie mów tak, bo cię nie puszczę- Liz zbliżyła się do męża- Lepiej zresztą wierzyć, że dziś spełni się cud, a nie odwrotnie.
- Masz rację, ale teraz połóżcie się już spać i nie czekajcie na mnie- Max pocałował obydwie swoje kobiety i chwilę później był już na dworze.
Alex chciał się spotkać w pobliskim parku , więc całe szczęście Max nie musiał wyczekiwać na autobusy, które w takie święto niemal w ogóle nie kursowały. Wobec tego szybko przeszedł odpowiedni dystans. Stanął pod jedną z latarń, która sączyła ze swej jasnej głowy mdłe światło, i czekał. Pomimo ciepłego ubrania zimno przenikało go na wskroś i dlatego z daleka Max wyglądał trochę jak napuszony gołąb siedzący posępnie na dachu. Rozglądał się na boki uważnie , podejrzliwie , jego oczy zdawały się wysysać z nocy całą jej czerń. Wtem coś szczególnego rzuciło mu się w oczy, paraliżując wszystkie wnętrzności.
Oto po przekątnej zaraz przy końcu trawnika -który teraz przypominał biały dywan- stał niemal całkowicie ośnieżony billboard. Niemal, ponieważ-i to było owym szczególnym zjawiskiem- prawy górny róg był odsłonięty i raził urywkiem reklamy Hotelu Californian. Wieczne słońce Miasta Aniołów nad najlepszym pod słońcem hotelem-głosiło reklamowe hasło. Wystarczyło to jedno słowo, słowo-klucz, impuls, dreszcz -żeby pobudzić , rozruszać i włączyć zakurzone zakamarki pamięci ? Max poczuł , że nogi odmawiają mu posłuszeństwa i nie utrzymają ciała w pionie ani sekundy dłużej, ale nie z powodu zimna. Bo Max wyszedł poza Lustro. Poza świat swój i świat swojego odbicia, świat, który nauki ścisłe ochrzciłyby światem Maxa prim. W tej jednej chwili, chwili, w której soczewki jego bursztynowych oczu odbiły obraz –obraz prawdziwego Miasta Aniołów, Max Evans stał się wolny. Nie był już uwięziony między Lustrem , między taflą a złudzeniem, między śmiertelną otchłanią a niekończącą się próżnią. Zobaczył oblicze prawdy.
- Jak w ogóle mogłem w to uwierzyć ?- wyszeptał do siebie, wyciągając rękę do przodu i obserwując jak pojedyncze płatki śniegu niknął w wełnianej rękawiczce- Jak my wszyscy uwierzyliśmy ? Los Angeles i śnieg ?!
Potoczył błędnym wzorkiem po ciemności , która go pochłaniała. Teraz nie on wysysał, a ktoś wysysał jego.
- Dobry Boże !- wypowiedział głośniej, wciąż nie mogąc oderwać wzorku od śniegu- Wizyta u Lnagleya, zmierzch lata 2001…Słoneczna California, palmy, świecić jak gwiazda, jak słońce Californii, gasnąć jak gwiazda, umierać, żyć…Muszę-szeptał pod nosem słowa , powtarzał je niczym mantrę- Muszę się wydostać z tego koszmaru, muszę im powiedzieć…
- Nie- głos Alexa zadźwięczał mu w uszach- To ja muszę im powiedzieć.
Maxa przeszyły gwałtowne dreszcze , to był paroksyzm strachu. Alex stał przed nim kompletnie nagi, przezroczysty, świadomy. Jego obraz –nietrwały, niknący w otaczającej ich rzeczywistości wyglądał straszniej niż diabeł pod postacią krwiożerczego psa , który pokusił Fausta.
- Alex…!- Max podszedł w stronę zmarłego przyjaciela-Alex…ja…cię widzę.
- Wiem.
- Dlaczego teraz ?
- Dlatego- Alex wskazał ręką na tablicę reklamową – Zacząłeś dostrzegać prawdę, Max.
- Alex…gdzie my jesteśmy ? Co się z nami stało ?
- Gdzie my jesteśmy, gdzie my jesteśmy !- zawołał Alex w otwarte niebo.
Echo odpowiedziało mu głuchym grzechotem.
- Max…przeszedłem przez Lustro- powiedział uciszając krzyk w swoich ustach-I ciebie czeka to samo.
- Alex…odpowiedz mi : gdzie my jesteśmy ? –upierał się Max. Zaczynał odczuwać coś więcej niż paniczny lęk, a w uszach dzwoniła mu na przemian- to martwa , głucha cisza, to szyderczy głos echa.
Alex Whitman spojrzał na niego przeraźliwie smutnym wzorkiem. Zaczął mrugać. Jego powieki zamykały się i otwierały na przemian, jak delikatne, zranione skrzydła motyla. I w końcu spod tych miotających się powiek wypłynęły dwie, obfite łzy. A potem następne i następne, i zanim Max się zorientował wylało się z niego morze łez, nieogarnięte morze znoszonych ran. A te rany zmywały ze świata brud i ułudę, to w czym trwali latami. Aż w końcu Alex zatrzymał płacz i odrzekł :
- Spójrz pod stopy, Max.
Kosmita skierował oczy w dół i nie był w stanie uwierzyć w to, co widział. Podniósł podeszwy butów , a pod nimi była czarna , skalista ziemia nakrapiana głębokimi wyrwami kraterów.
- Co do licha…?-wyszeptał Max w stronę Alexa.
- Jesteś w domu Max. Jesteś tutaj, w miejscu, z którego rozpocząłeś wędrówkę.- Alex dmuchnął w przestrzeń i wtem srebrny pył porwał Maxa do góry. Dopiero z takiej pozycji, z lotu ptaka Max miał możliwość zobaczenia wszystkiego- ciemnej, nieposkromionej krainy , która otaczała go zewsząd.
- Antar- powiedział Max z przerażeniem.
- Antar- powtórzył za nim Alex.

***
Antar, Rok Srebrnego Niedźwiedzia

- Jest tak blisko, jest już prawie mój…Mój, mój, tylko mój-szepty szaleństwa, dzikiego obłędu wypływały z Zana potokami- Moje cudowne życie, moja nadzieja, moje królestwo…moja władza !
Ava podniosła się do jego poziomu.
- Zan…-odezwała się płaczliwie- Przestań o tym mówić. Boję się ciebie…!
- Ale ja chcę nas ratować, kochanie- Zan pragnął ją dotknąć, tak bardzo pragnął dotknąć, ale nie był w stanie pokonać bariery Lustra. – Chcę…
- Zabijasz ich, Zan.
- Nie można uniknąć ofiar-odpowiedział twardo- Nigdy nie można…
- Boże…ty jesteś chory ! Chory na władzę zupełnie jak on…jak on.
- Ale jego kochałaś ! – wrzasnął Zan- Kochałaś go nawet wtedy kiedy zabił Vil!
Ava zwiesiła głowę. Od dawna przypominała zwiędnięty kwiat bez zapachu-nie miała już pięknych sukienek i strojów, nie miała pachnideł i luksusowych kosmetyków, karocy ociekającej złotem i stangreta odzianego w szafirowe atłasy, nie miała balkonów , które skonstruowano z powyginanych kandelambrowo pręcików. Wszystko legło w gruzach w momencie, w którym jej własny brat rozsiał nienawiść. Nienawiść pożerającą i pochłaniającą wszystko co stało jej na drodze.
- To nieprawda Zan-wyprostowała się dumnie- Wiesz, że nie. Wszystko co było przeciw tobie , było i przeciw mnie…Khivar przestał być moim bratem kiedy zdradził.
- Gdzie byłaś kiedy wywiódł w pole Vil ? Gdzie byłaś kiedy zginął Rath, kiedy ciągnęli jego ciało za koniem aż do chwili, w której przemieniło się w krwawą miazgę ?!
- Proszę cię Zan, nie zaczynaj znowu-poprosiła bezsilnie- Nie wiedziałam…
- A może ty jesteś jak Tess ?
Ava podniosła się znacznie wyżej.
- Władza niszczy i deprawuje ludzi, Zan. Znasz to znacznie lepiej niż inni.
- Nie jesteśmy ludźmi -brzmiała odpowiedz.

***
- Czy chcesz mi powiedzieć, że mam to na siebie włożyć ?- spytał z mieszaniną złości i żałości Michael, a następnie skierował oskarżycielskie spojrzenie na swoją dziewczynę.
Maria przewróciła oczami i przejechała dłonią po gładkiej powierzchni puchowego , narciarskiego kombinezonu.
- Co ci się w nim nie podoba ?- zdziwiła się bardzo szczerze.
Michael Guerin powtórnie popatrzył na ubiór i jęknął z przerażeniem. Po pierwsze on nigdy nie nazwałby tego strojem narciarskim – to był jakiś gałgan w kolorze sraczkowatego czerwonego , z kolorowymi naszywkami w kształcie bałwanków. Żałosne. Przecież czegoś takiego nie założyłby nawet przedszkolak. A na domiar złego Maria chciała żeby ich kombinezony były identyczne ! Na stoku będą wyglądali jak para idiotów , syjamskich bliźniąt , które kiedyś były złączone głowami, i to zaznaczyć trzeba-głowami bez mózgów.
- No więc…?-Maria domagała się rychłej odpowiedzi.
- Co mi się nie podoba ?! Wszystko !- wyrzucił z siebie kosmita i dynamicznie opuszczając przymierzalnię , odwiesił ubranie na gąsienicowy wieszak.- Czy nie może każde z nas …poszukać po prostu oddzielnie ? –zasugerował nieśmiało.
Maria naburmuszyła się.
- Nie kapuję- odezwała się- Dawniej podobały ci się rzeczy, które ci wybierałam.
- Dawniej wybierałaś mi rzeczy innego rodzaju, których nie wystawiałem na widok publiczny- mruknął niewyraźnie.
- Jednym słowem sugerujesz , że mój gust jest do bani, tak ?
- To ty powiedziałaś, a nie ja- odburknął opryskliwie. – Poza tym chyba mogę sam decydować o sobie, prawda ?
- A czy ja ci coś narzucam ?!
- Owszem.
- Zaledwie podpowiadam.
- No to przykro mi, nie skorzystam z twojej cennej rady.
- Czemu odpowiadasz mi z takim przekąsem , co ?- Maria kipiała już nieokięznaną energią.
- Co ?- Michael powoli tracił swój poziom opanowania- Co ja niby znów powiedziałem ?!
- Z twojej cennej rady – wycedziła przez zęby Maria- To według ciebie nie była ironia, zamierzony sarkazm ?
- Nie.
- Mówisz bez przekonania.
- Właśnie że z !
- A właśnie , że nie.
- Tylko ja mogę wiedzieć co mówię i jak mówię.
- Przepraszam panią- Maria musnęła w ramię jedną z hostess butiku- Czy on dla pani wygląda na człowieka przekonanego o swoich racjach ?
Kobieta w eleganckim, czarnym uniformie odwróciła się z zaskoczeniem i popatrzyła uprzejmie na Marię i Michaela.
- A może skorzystają państwo z naszej promocji ?- powiedziała przesłodzonym głosikiem- Dwie pary ekskluzywnej bielizny w cenie jednej…
- Ale czy on jest według pani…- napierała niezmordowana Maria Deluca.
- To dotyczy tylko damskiego działu ?- Michael wszedł jej w słowo i zanim otrzymał odpowiedz na swoje pytanie , sięgnął do półki i zdjął z niej różowy komplet bielizny ozdobiony tandetną podobizną Jasia Fasoli. – I co kochanie, weźmiemy , prawda ?
Maria poraziła go spojrzeniem, była wprost wściekła.
- Idiota ! –krzyknęła , uderzając Michaela po głowie opakowaniem z bielizną.
- I vice versa- skwitował Michael.
- Nie cierpię cię.
- Nawzajem- Michael przycisnął swoje usta do ust Marii.

***
Max Evans unosił się nad ciemną ziemią i wciąż nie potrafił pojąć tego co właśnie rozgrywało się na jego oczach. Alex Whitman trwał tuż koło niego, przy jego boku, a jednak jakby oddzielnie, w swoim własnym świecie.
- Alex powiedz mi o co tu chodzi- Max był sparaliżowany strachem.
- To był niezawodny plan twojego poprzedniego wcielenia, życia, które powracało do ciebie nieoczekiwanie, mocno, życia, którego nigdy nie chciałeś- Alex mówił mechanicznie niczym nakręcona katarynka- A ja jestem tylko efektem ubocznym.
- Alex …-szept Maxa był wypełniony desperacją, ale i determinacją- przestań filozofować, proszę…Wyjaśnij mi co tu się dzieje, czemu twierdzisz, że jesteśmy na Antarze, czemu …czemu ty istniejesz ?
- Pamiętasz spotkanie z duplikatami ?
- Oczywiście.
- Oni mieli umowę z Khivarem, podobnie jak Tess i Nasedo. Mieli podzielić się władzą w zamian za twojego syna. Twój syn był im potrzebny ponieważ to on był kluczem do uzyskania rządów absolutnych na Antarze. Nasedo nie zgodził się jednak na udział duplikatów, on nigdy nie zamierzał dzielić się łupem. Wtedy Rath, Lonnie i Ava postanowili działać przeciw Khivarowi. Zawarli przymierze z Zanem…mieli być jego ratunkiem, ale się nie udało…Ich statek spalił się w atmosferze…z nieznanych powodów.
- Poczekaj, Alex…Co ty mówisz ? Przecież Zan to ja ! Zan zginął w wojnie, on nie żyje Alex, dlatego żyję ja…Oszalałeś… –Max usiłował wydostać się z matni absurdów. – Poza tym był jeden statek, a właściwie Granilith…
- Były trzy, jest jeszcze jeden. W Los Angeles.
- Zan nie żyje Alex. A my jesteśmy w Los Angeles, rozumiesz ?
- Max czemu znów wracasz do punktu wyjścia, dlaczego rządzi tobą strach ?
- A ty…Czemu tu jesteś Alex ? Czemu naprawdę tu jesteś, co ?
Alex Whitman zgiął swoje szczupłe place do środka dłoni, wyglądało to tak jakby trzymał w nich szklaną kulę. Zamknął oczy , a jego czoło zasnuło się skupieniem. Po paru minutach w tej niewielkiej wnęce przestrzeni między jedną dłonią a drugą zaczęła pojawiać się zielona mgła i gdy zagęściła się , Alex wyprostował dłonie. Kula materii uformowała się idealnie i zawisła w powietrzu.
- Zbliż się Max, a zobaczysz całą prawdę-powiedział Alex.
- Co to…?
- To jest jak film-wyjaśnił Alex- tyle że wyświetlę go w twojej głowie.

***
Michael przytulił twarz do poduszki i ziewnął donośnie.
- A spakowałeś się już ?- Maria wepchnęła do swojej walizki wielką , zdecydowanie przeładowaną kosmetyczkę.
- Nie. Ale gwarantuję ci , że zrobię to w pięć minut.
- Mogę ?-Maria stanęła koło kanapy i popatrzyła na Michaela.
Chłopak przesunął się trochę i Maria usiadła na samym brzegu.
- Zabiorę też gitarę- dziewczyna skubała lamówkę od koca- Wiesz, gitarę Alexa.
Michael uśmiechnął się. Maria nigdy nie wstydziła się swojej sentymentalności, a okazywała ją w różny sposób. Najczęściej przywiązywała się do przedmiotów, które miały dla niej wartość duchową, szczególną. To były przykładowo cukierniczki z Crashdown, które stały w rządku na szafce, to były fiolki i ampułki z olejkami eterycznymi, wreszcie, a może przede wszystkim- to byłą gitara Alexa, którą Maria otrzymała od państwa Whitmanów. Często powtarzała, że kiedyś podaruje ją swoim dzieciom i nauczy je na niej grać. A Michael wybuchał wówczas śmiechem, ponieważ nie sądził by dzieci jego i Marii mogły posiadać jakikolwiek talent muzyczny. Pod warunkiem oczywiście , że jego kosmiczne geny będą genami dominującymi. Generalnie zaś, w ogóle nie był przygotowany do roli męża, a co dopiero ojca-tego sobie nawet nie wyobrażał.
- I gdzie my ją wciśniemy ?
- Gdzieś się znajdzie miejsce- zdecydowała Maria- Będzie miło zagrać coś przy kominku w jakiejś knajpce.
- Jeśli nie każesz mi śpiewać to będzie miło-zastrzegł Michael.
- Dobra, nie każę-przyobiecała Maria. – Nie zamierzam psuć nam wypoczynku.
- Jestem w tym aż tak zły ?
- Brzmisz jak zmutowany rosomak.
- Aha, ale wytrzasnęłaś- ręka Michaela ujęła delikatną dłoń Marii i zamknęła się wokół niej.
I wtedy odezwał się elektroniczny sygnał komórki.
- To moja- Maria wstała i pobiegła do przedpokoju. Pogrzebała w kieszeni płaszcza i kliknęła zielony klawisz.
- Halo, słucham ?
- Maria, co za szczęście, że cię złapałam !- Liz gwałtownie wypuściła powietrze po drugiej stronie linii- Mam problem.
- Co jest ?- zmartwiła się Maria.
- Max nie wrócił.
Maria oparła plecy o ścianę, poczuła gwałtowny zawrót głowy. Dlaczego za każdym razem kiedy usiłowali poskładać swoje życie do kupy, ono sypało się na nowo?



No i co ? :mrgreen: Mówiłam, że się wyjaśni dlaczego w L.A pada śnieg.
'' It is easier to forgive an enemy than to forgive a friend''

William Blake

Hotori
Obserwator Słów
Posts: 1509
Joined: Sat Jul 26, 2003 4:11 pm
Location: Lublin

Post by Hotori » Sun Nov 27, 2005 9:25 pm

Część 7

***
Antar, Rok Szkarłatnej Tarpei

Krople szarej, burzowej wody bębniły o szyby olbrzymich okiennic komnaty Rathisa, a strugi deszczu od godziny nieprzerwanie spływały po ich gładkiej powierzchni. Sam Rath stał zwrócony przodem do otwierającego się za szkłem krajobrazu, i wbijał matowy wzrok w horyzont straszący czarnym, niespokojnym niebem, niebem, które od czasu do czasu przecinały sznury błyskawic . Monotonia tej szczelnej, deszczowej kurtyny ściśle łączyła się z minorowym nastrojem dowódcy. A ów nastrój miał swoje konkretne źródło-Vilandrę.
Rath martwił się o Vil, naprawdę się o nią martwił. Wyjechała zaraz po obiedzie na rzekome spotkanie z Lourdes, a od tamtej chwili mijało już ponad pięć godzin. Niebawem noc miała przykryć swym płaszczem oblicze świata i Rath obawiał się , iż Vil nie tylko przemoknie do suchej nitki, ale i nie zdoła wrócić przed zmrokiem. Być może z zewnątrz było to trochę śmieszne, bo wychodziło na to, że Rath wpisuje się w rolę niańki albo damy dworu, ale najbardziej przejmował się tym, że Vil złapie jakieś przeziębienie, ewentualnie zapalenie płuc-to zaś nie była już taka sobie, zwykła infekcja.
- Przepraszam paniczu, czy mogę ?- usłyszał za sobą głos Yve’a , nadwornego majordomusa.
Odwrócił się , jednak ręce wciąż miał w tej samej, wielkopańskiej pozycji- obydwie założone do tyłu, jedna zgięta w łokciu zahaczała placami o drugą.
- Czegóż chcesz ?- Rath postąpił parę kroków do przodu.
- Pragnę zaanonsować księciu znamienitego gościa…-zaczął służący, pochylając głowę do podłogi- Przybyła mademoiselle Tye, jej orszak przed momentem zajechał na dziedziniec.
Rath podciągnął brwi niemal do samego szczytu swojego czoła. Nie spodziewał się już dzisiaj żadnych gości, a tym bardziej gości przybyłych bez zapowiedzi.
- Mademoiselle Tye…? -powtórzył odrobinę zdezorientowany- A, dobrze…wezwij giermków i paziów , by pomogli się rozładować, a ja zaraz zejdę na dół…
- Tak jest- Yve oddał pokłon i pośpiesznie wycofał się na korytarz.
Rathis tymczasem wyjął z szafy swój płaszcz z kapturem i bezzwłocznie wyszedł powitać pannę Tye de Theus. Kiedy znalazł się na dworze ujrzał , że burza szalała bez wytchnienia, a szlachcianka właśnie stawiała swoje małe stopki na schodkach podstawionych do drzwi karocy.
- To dla mnie zaszczyt, mademoiselle- powitał ją Rath podając jej ramię i bezpiecznie stawiając na ziemi, podczas gdy służba oporządzała pakunki oraz zajmowała się stangretem i karetą.
Panna Tye de Theus lekko podciągnęła brzeg sukni by uniknąć jej zmoczenia , po czym spojrzała na Rathisa spod kaptura . Jej duże, piwne oczy wprost śmiały się do niego.
- Mam nadzieję, że nie przeszkodziłam tym nieoczekiwanym przyjazdem ?- spytała , potulnie uśmiechając się do niego i nagle dodała bardziej tajemniczo- Ale mam nie cierpiącą zwłoki sprawę , książę.
Rath był jeszcze mocniej zaskoczony niż na początku, ale skutecznie to ukrył.
- Wejdźmy zatem na górę i tam porozmawiamy- odpowiedział , wprowadzając Tye do środka pałacu- Yve !-przywołał następnie służącego – Zabierz okrycie panienki i przynieś nam grzanego rumu- polecił- Będziemy w salonie gościnnym, w moich komnatach.
Tye rozpięła swój płaszczyk , który zrobiony był na wzór cesarskiego sagum i miał zapięcie po stronie prawego ramienia, a potem ściągnęła kaptur. Fale włosów o kolorze ciemnego blondu rozsypały się po jej smukłych ramionach i po dekolcie, a sama córka generała Cormaca obdarzyła zarówno kamerdynera jak i Rathisa urzekającym, szerokim uśmiechem.
- Paskudna pogoda, nieprawdaż ?-zauważyła podając płaszcz kamerdynerowi. Ten zaś zapatrzony w nią o mało co nie opuścił ubrania na podłogę.
- W istocie, takiej burzy dawno już nie widziałem- Rath skinął głową i skupił się na swoim uroczym gościu.
Tye miała wiele kobiecego, uwodzicielskiego wdzięku i seksapilu , a Rathis miał w zwyczaju zabiegać o względy takich dam. Toteż łapczywie przyglądał się sukience opinającej jej kobiece kształty. Stali tak więc przez moment w przyćmionym świetle olbrzymiego holu, aż w końcu Rathis zaoferował przejście do komnat. Niedługo potem przybył i Yve z dwoma kieliszkami i grzanym rumem w kubełku, i ze srebrną chochelką. dowódca Sprzymierzonych Armii Antaru odprawił majordomusa i samodzielnie wypełnił naczynia płynem.
- Zatem, cóż to za interes, ma do mnie tak piękna kobieta ?- odezwał się , wspierając wargi na brzegu pucharu.
- A jaki chciałbyś, bym miała ?- odezwała się do Ratha na „ty”, bez pardonu.
Przez twarz Ratha przemknął figlarny uśmiech. Zawsze podobały mu się odważne i szczere kobiety, nawet troszeczkę bezwstydne. Poza tym w końcu mógł zrzucić jarzmo oficjalnej etykiety, tym bardziej, że w noc balu poznał smak warg mademoiselle de Theus.
- Czy mogę uczynić sobie podobną przyjemność do mademoiselle i mówić jej po imieniu ?- wsparł się o stojący nieopodal fotel.
- Musiałabym być wyjątkowo grubiańska by odmówić- zripostowała dziewczyna i przyłożyła chłodny kieliszek do czoła. – Ależ tu gorąco…-westchnęła.
Rath również odczuwał podwyższenie się temperatury, ale temperatury uczuć i emocji. Tye znakomicie rozbudzała w nim żądzę…Ale oczywiście nie potrafiła przebić Vilandry. I ta właśnie myśl o Vilandrze nie pozwalała Rathowi oddać się przemijającemu afektowi, potrzebie kusząco niebezpiecznego zapomnienia, do którego będąc mężczyzną miał skłonność.
- Zatem Tye, ponawiam pytanie : czemu zawdzięczam twoje przybycie ?
- Od razu lepiej , kiedy nie bawimy się w te wszystkie formuły, prawda ?- odstawiła kieliszek na blat stolika i podeszła do Rathisa na odległość zaledwie pół metra.
Patrzyła mu prosto w oczy, a on obrysowywał wzrokiem każdy szczegół jej postaci. Pełne wargi, biust ściśnięty sznurowanym stanikiem , łagodnie zarysowane, wypukłe biodra i wąską talię osy.
- Chodzi o mojego ojca, Rathisie- przemówiła.
Rath został sprowadzony na ziemię przywołaniem tej osobistości. Ojciec uroczej Tye, generał Cormac należał do antarskiego establishmentu. Wykazywał się hartem ducha, hardością , niezłomnym honorem żołnierskim , stalową wolą , talentem przywódczym i niezmiennością poglądów, co czasami było bardziej wadą niż zaletą, nie mniej jednak ogólnie jego przymioty czyniły go jednym z najlepszych generałów w armii. Tym bardziej , że posiadał spore doświadczenie i cechę, której brakło nawet Rathisowi, a była to umiejętność nawiązywania emocjonalnej więzi z ludźmi, a co za tym idzie-z żołnierzami. Rath cenił generała za to wszystko, a także za to, że samotnie wychował córkę-jej matka zmarła bowiem przy porodzie.
- Co mogę dla niego zrobić ?
Tye przekręciła głowę , a w jej oczach zakręciły się łzy.
- Och Rathisie…!- wykrzyknęła nagle- To straszne, że muszę cię o to prosić, to straszne, że musisz dowiedzieć się tego ode mnie, ale…mój ojciec nie będzie mógł dłużej służyć w wojsku !
Rathowi zamarła dusza, jeśli czegokolwiek się spodziewał to na pewno nie takiej wiadomości.
- Dlaczego ?-pytał zbity z pantałyku- Dlaczego nie przyszedł tu sam , w takim razie ?
- Wstydzi się, Rathisie.
Nie. To nie mogła być prawda. Cormac nie wiedział, co to wstyd. Oprócz odwagi na polu bitwy-tej, która wyprowadziła z opresji nie jednego żołnierza, posiadał także inny, specyficzny rodzaj odwagi, kto wie czy nie trudniejszej do okazania- odwagi cywilnej. Rathowi nie chciało się wierzyć, że wstyd mógł nie pozwolić mu przybyć i rozmówić się osobiście.
- Ależ ja znam twojego ojca Tye…- powiedział Rath zmienionym, podejrzliwym tonem- On nigdy w życiu nie był tchórzem…Poza tym czemu chce zrezygnować z wojska, ze swojej miłości ? Czy ma się w ogóle czego wstydzić ?
Tye przysiadła na krześle i wsparła głowę na łokciu. Sprawiała wrażenie osoby, która zbiera wszystkie siły do ofensywy.
- Mój ojciec wstydzi się przyznać, że po tylu latach służby …odchodzi na wcześniejszą emeryturę…I przybyłam cię prosić byś pozwolił mu odejść- zakończyła niemal z płaczem.
Rath pokręcił głową i kucną przy dziewczynie delikatnie kładąc ręce na jej kolanach.
- Ale dlaczego chce tej emerytury ?-drążył.
- Chce poświęcić się pisaniu…Chce spisać dzieje swoich bitew, swoich kampanii. Od kiedy umarła mama nie napisał ani linijki, a wiesz, że za młodu pisywał trochę ? Wiersze, krótkie, żołnierskie gawędy…Rath…on się wstydzi swoich słabości, rozumiesz ?
Teraz Rath zrozumiał. Jakie to wszystko dziwne i pogmatwane ! Twardy żołnierz i idealny dowódca , w głębi ducha okazywał się bardziej bezbronny od dziecka. A pokonywały go zwyczajne, ludzkie odruchy serca. To dało Rathowi do myślenia. Nagle zdał sobie sprawę, że nie wiele różni się od Cormaca. On też wewnątrz stawał się miękki i uczuciowy niczym jakaś dziewka, gdy tylko chodziło o Vilandrę.
- Oczywiście, już rozumiem…-Rath westchnął cicho- To będzie niepowetowana strata dla naszego wojska , ale jakoś damy sobie radę. I powiedz ojcu, że nie ma się czego wstydzić-zakończył i natychmiast poczuł ulgę.
Tye chyba również odczuła , że ciężar zelżał , bo sięgnęła ponownie po kieliszek i wypiła zawartość duszkiem. W tym momencie na twarz Ratha powrócił manieryczny, ironiczny uśmiech. Kłopotliwy temat został zamknięty, a przynajmniej dla jednej strony, bo…
- Jest jeszcze coś- rzekła naraz Tye- tym razem chodzi ściśle o mnie.
Wstała i zaczepiła suknią o Rathisa. A on czuł ciepło bijące z jej ciała. Pulsowało dynamicznie i intensywnie.
- Chciałabym żebyś mnie przyjął do wojska- powiedziała, i śmiertelna powaga tkwiła w jej głosie.
Rath dla odmiany roześmiał się .
- Ciebie do wojska !- parsknął – Tye, ty nie wytrzymasz w wojsku ani dnia ! Żadna kobieta temu nie podoła !
Rath miał teraz przed sobą obraz Vil i polowania , na które ją zabrał. Choćby tamto zdarzenie utwierdzało go w przekonaniu, że kobiety nie potrafiły znosić nawet najmniejszych trudów.
- Weź mnie na próbę – prosiła usilnie- Tylko na próbę !
- I co, będziesz spać w koszarach ? Będziesz stawiać się na ćwiczenia, wytrzymasz musztrę ?- wyliczał pokpiwając. – Będziesz bić…facetów ?-wyszczerzył zęby. To mu się zaczynało nawet podobać. I było szalenie ekscytujące.
- Proszę Rath- łasiła się do niego, jej usta prawie muskały mu twarz.
Właściwie to od tych rewelacji kręciło mu się w głowie i po prostu poddał się.
- No dobrze, zobaczę co da się zrobić – rzekł i zanim się odsuną Tye obdarzyła go namiętnie dzikim pocałunkiem.


Antar, zwany inaczej Planetą Światła podzielony był na cztery krainy-śnieżną, morską, krainę lasów i krainę kamiennych pustyni. Większość Antarian wybierała z tych czterech krain- rozciągających się na cztery strony świata- krainę morską. Znajdowały się tam piękne plaże i piękne morza –słone, słodkie ciepłe i zimne, a dodatku każde z tych mórz barwiło się na inny kolor w nocy, a na inny za dnia.
Vilandra wybrała się akurat nad morze ciepłe, morze, które miało kolor szczerego złota w dzień i niepokojącej czerwieni w nocy . I oczywiście nie pojechała tam sama , a z Khivarem, który w liście wyznaczył takowe miejsce spotkania. Do plaży dotarła z całą swoją świtą , z którą wyruszyła z Reevandolu, a potem odesłała swoich ludzi z powrotem. Oczywiście Rathowi i Zanowi musiała wcisnąć kit, że jedzie na spotkanie z Lourdes, inaczej gotowi byli ją zatrzymać. Na szczęście-jak się wydawało- połknęli haczyk i Vil mogła spędzić urocze popołudnie w ramionach ukochanego. A on i Khivar naprawdę wyglądali na po uszy zakochanych-najpierw moczyli nogi w kojących falach morza, potem ganiali się po plaży , a wreszcie opalając się na gorącym piasku opowiadali sobie o różnych głupotach i przeżyciach, które zapamiętali ze swojego młodego, świeżego wciąż życia . Jednym słowem-leserowali. Vilandra była nieziemsko szczęśliwa. Po raz pierwszy miała przy boku kogoś takiego jak Khivar. Był pewny siebie, był krnąbrny, był odważny, i to odważny w szczególny sposób- nie bał się okrucieństwa . Vilandra zobaczyła w nim tę atrakcyjną, ciemniejszą stronę osobowości już na samym początku. I osobliwie, to ją nawet pociągało, intrygowało, ponieważ Khivar potrafił poważyć się absolutnie na wszystko, był nieobliczalny , a więc zdolny do szaleństw. Ona zaś przez całe życie nie robiła nic innego, jak szalała.
Wkrótce, gdy większość pięknego dnia upłynęła, zaczęło się ściemniać i Khivar zabrał Vilandrę własną karetą do siebie. Nie miała siły nawet wyjść z powozu , bo okazało się, że jej delikatne, wypielęgnowane stopy nie są przyzwyczajone do dłuższego chodzenia po kamieniach i rozgrzanym piasku. Wobec tego Khivar wziął Vil na ręce i przenosząc ją przez próg swojego pałacu –co nastręczyło wiele zabawnych komentarzy służby w stylu : to już po ślubie ?, wniósł ją prosto do swojej komnaty.
- Życzysz sobie jeszcze czegoś, pani ? – powiedział Khivar kładąc ją na łożu i całując w usta.
- Tak- przyznała przewrotnie- Kąpieli w mleku.
- Da się załatwić – powiedział i znów ją pocałował. Położył się przy niej i przyciągnął ją do siebie- Myślę, że fajnie by było wysłać teraz posłańca do twoich braci i zdać im szczegółową relację z naszego dzisiejszego dnia- zaśmiał się na wpół szyderczo.
- Taak- ziewnęła Vil – Pewnie Rath miotałby się pod moimi drzwiami przez najbliższy rok, a Zan co pięć minut wygłaszałby kazania.
- Chyba nie masz ochoty wracać, co ?- zmrużył oczy niczym dziki kot i dmuchał jej we włosy obserwując jak kołyszą się ich kosmyki.
- Wcale- przyznała i przytuliła się do niego- Chcę być tylko z tobą.
- Już się uzależniłaś.
Wtem szczęknęła naciśnięta klamka i do środka zajrzał służący.
- Panie , przyszły mapy- zakomunikował lakonicznie.
Khivar natychmiast wypuścił z objęć Vilandrę i podnosząc się z łóżka wyprasował dłońmi ubranie.
- Już idę- usiłował wcisnąć kapeć na swoją dużą stopę .
Vilandra podniosła się do pozycji pół-siedzącej.
- Wrócisz zaraz ?- klepnęła w posłanie, przywołując go w ten sposób.
- Obiecuję- cmoknął w jej stronę – Lada moment.
Khivar wyślizgnął się na korytarz i podszedł w stronę sługi, który tam na niego czekał, trzymając białą, grubą teczkę.
- Oto mapy i plany zabezpieczeń Reevandolu-wyszeptał na ucho swemu księciu- Wszystkie, bez wyjątku.
- Czy były jakieś problemy ?
- O nie, panie, żadnych ! Tak przynajmniej wynikało, jak gadałem ze stangretem…
- A czy markiz dotarł już ?
- Nie- służący rozejrzał się wokoło nerwowo- Ponoć wahał się z tą decyzją.
- Wahał się- Khivar utkwił spojrzenie w obrazie przedstawiającym jedną z dawnych bitew Wielkiej Wojny, przybitym do sąsiedniej ściany . Dwóch żołnierzy siłowało się ze sobą na pierwszym planie. Jeden trzymał drugiego za gardło tak mocno, że tylko przerażone, przekrwione białka oczu wychodziły mu na wierzch.
- Zobaczymy czy się przystosuje. Jeśli nadal będzie letni, ja go wykuję ogniem. Jak żelazo- jego ciemne oczy zamarzły w okrucieństwie.


Zan leżał na swoim łóżku i nie mógł zmrużyć oka. Deszcz wciąż siąpił za oknami , a poza tym Vilandra nadal nie wracała. A on nie miał zwyczaju spokojnego pogrążania się w śnie jeśli wiedział, że jego siostra włóczy się po nocy nie wiadomo gdzie. Podziwiał ignorancję własnego ojca w tej kwestii- wystarczyło by Lourdes zawiadomiła go, że Vil jest u niej i zostanie na noc w jej dworku, a ojciec już machnął ręką. Zan nie wyobrażał sobie by można było postąpić bardziej pochopnie , przecież Vilandra mogła wymyślić na poczekaniu każdą historyjkę, mogła uknuć plan przy pomocy Lourdes i kazać jej powiedzieć byle co. Lourdes była sprytna i raczej liczyła się w większym stopniu ze swoją najlepszą przyjaciółką niż z jej ojcem, tym bardziej, że była kobietą i za nic nie złamałaby zasady kobiecej solidarności. Zan przekręcił się na drugi bok i zapalił ażurową lampkę. Spojrzał na budzik –była druga w nocy.
- Hej Zan, nie śpisz ?- ostry szept Ratha przecinający ciszę nocną wystraszył go tak mocno , że aż podskoczył.
Przekręcił się na posłaniu do siadu i spojrzał przed siebie. Rath stał na balkonie, a konkretnie stał jego tułów, bo głowa zaglądająca przez otwartą okiennicę tkwiła faktycznie w środku.
- Ale mnie przestraszyłeś-Zan odetchną- I wchodź, szybciej, bo napuszczasz zimne powietrze do pokoju.
Rath wgramolił się powoli i jak najciszej , tak żeby nikogo nie zbudzić.
- Też nie możesz zasnąć ?- rozpłaszczył się na szezlongu i nie czekając odpowiedzi ciągnął dalej- Ja trochę spałem i nawet śniły mi się dość przyjemne sny.
- Zapewne masz nieopisaną ochotę się nimi podzielić- Zan zagrzebał się głębiej w pościeli.
- Jakbyś zgadł, normalnie-Rath wygiął kąciki ust do uśmiechu- Śniłem …o moim ślubie.
Zan podniósł głowę nad poduszkę.
- Ooo…coś nowego-zabłyszczały mu oczy- Któż był szczęśliwą wybranką ?
Rath wzruszył ramionami.
- A czy to takie ważne ?
- Hmm…wydaje mi się, że taaaak…- cedził rozbawiony- przy zamążpójściu…
Rath niespokojnie miętosił swoje palce.
- No dobra-odchylił głowę na wezgłowiu- To była Vilandra.
Zan klasną w dłonie.
- Wiedziałem ! Nie chciałeś się odkryć, ale ja cię przejrzałem !
- Że niby co ?
- Nie udawaj głupiego- Zan przeturlał się na sam brzeg łóżka, żeby lepiej widzieć Ratha- Spytałem cię dziś czy jesteś w Vil zakochany, a ty mnie zbyłeś jakąś wymówką…Od początku wiedziałem.
- Och, jesteś niesamowicie przenikliwy Wasza Wysokość- zakpił Rathis- Tylko ani pary z gęby, jasne ?
- Czy ja cię kiedyś zawiodłem ?
- Nie skąd, ale to twoja siostra.
Zan cały był rozpromieniony.
- I z czego się tak cieszysz ?- burknął Rath nieco opryskliwiej- To na razie jednostronne uczucie.
- Do czasu, ja ci to mówię- Zan po raz pierwszy był tak pewny swego- A teraz proszę o szczegóły snu.
- Wiesz, to był taki najprawdziwszy ślub wojskowego…Tunel z szabel nad głowami, mundury, konfetti…płatki róż-Rath rozmarzył się- Było idealnie…I Vil…miała suknię z bufiastymi rękawami. Ona jest piękna, Zan…
Zan patrzył na Ratha gdy ten mówił o Vilandrze. Mówił z takim przekonaniem , z namaszczeniem wręcz. Tylko że Zan obawiał się jednego-że Vil przyzwyczajona do wyskoków i Rath przyzwyczajony do tabunu kobiet wokół siebie, nie wytrzymają próby czasu.
- Rath…powiedz mi : czy ty widzisz w niej coś więcej ?
- Jak to coś więcej ?
- No, coś ponad urodę, stroje i wdzięk.
- Oczywiście, że tak.- zapewnił płomiennie Rath- Oczywiście, że tak !
- Ale zawsze sprawiasz wrażenie jakby było odwrotnie.
- Bo ona to w sobie kryje, odrzuca. Tego jest mało i gdybym zaczął traktować to poważniej, ona by się tego pozbyła-Rath westchnął- Ja jestem taki sam, Zan. Jest we mnie wiele rzeczy…zresztą nieważne.
- Ale co to jest ?- pytanie Zana zawisło w powietrzu niczym zła wróżba- Bo widzisz, ja…jestem jej bratem i czasami czuję , że nie mogę o niej nic powiedzieć. Nic ponad to, co widzę na zewnątrz. To mnie przeraża.
- Ona ma gołębie serce. W głębi duszy chce dawać dużo bezinteresownej miłości, chce się nią dzielić i chce, żeby ta miłość trwała. Zauważyłeś jak wielką wagę przywiązuje do pięknych rzeczy, do tych bali i przyjęć ? Ja się lubię z niej ponabijać, ale myślę inaczej. Myślę, że ona tak lubi te chwile, bo wówczas jesteśmy wszyscy razem. Jesteśmy beztroscy i szczęśliwi. Ona wyklucza zło, rozumiesz ? Wyklucza rzeczy nieestetyczne, wyklucza brzydotę …Ale nie umie inaczej tego pokazać, jedynie poprzez zewnętrzne środki wyrazu.
Zan słuchał tego wszystkiego i był pod wrażeniem.
- Znasz ją o niebo lepiej ode mnie-stwierdził- Chociaż to ja jestem jej bratem.
- Znam ją, bo ona jest taka sama jak ja. Nie wywnętrza się.
- A teraz to co ?- uśmiechnął się Zan.
- Okey, możesz to potraktować jako wydarzenie historyczne i przełomowe. I jednorazowe.
Zan opadł głową na poduszkę. Rath rozpalił w nim mały płomyk nadziei. Ale ziarnko gorczycy także w nim tkwiło. Vilandra pozostawała w orbicie wpływów pustych ludzi, ludzi , którzy nie mieli żadnych zasad. Nie myślał tu może o Khivarze, nie. On i Ava nie mogli być przecież tak oceniani jedynie ze względu na przeszłość swoich ojców. Ale inni…Inni. To nie tajemnica , że ludzie zależą od ludzi. Do tej pory Vilandra zdawała się kształtować w otoczeniu ludzi wyjątkowo niepewnych moralnie. Ci ludzie za wszelką cenę chcieli wmanipulować ją i Zana w jakieś holendarne konotacje…Owszem , to małżeństwo z Avą i nagła miłość, ta strzała Amora , która trafiła prosto w jego serce, ten grom z jasnego nieba-wszystko było dziełem przypadku, szczęśliwego kaprysu losu. Lecz oprócz tego był jeszcze potajemny, misterny plan i jego istnienie Zan wyczuwał. Dlatego obawiał się dnia koronacji. Kiedy myślał o tym czuł nieopanowany strach, wyobrażał sobie ceremonię i ona wydawała mu się gehenną.
Widział siebie w odświętnych szatach, w płaszczu z gronostajami, który ciężko opadał na ołtarz. Widział kapłana , który podnosił z czerwonej poduszki koronę wyłożoną lapislazuli, szmaragdami, agatem. I najstraszniejsze-moment założenia korony, ostatecznego przypieczętowania przeznaczenia. Niemal czuł jak ta korona wrzyna mu się w skórę na skroniach, czuł jej ciężar straszliwy, krwawiący. Czuł jak jej zimna obręcz obciska jego głowę, jak jej ciężar spoczywa na nim całym. I podnosił oczy. Świecie paliły się wokoło, ich blask odznaczał w mrocznym tle powyciągane twarze ludzi, miliona ludzi. A każda twarz, i każda z osobna para oczu pokładała w nim nadzieję. Prosiła o wybawienie, szeptała słowa modlitwy, skrzeczała przysięgi, pytała o obietnicę. Cała kaplica rozbrzmiewała dźwiękiem dzwonów, trąb uroczystych. Tylko Zan nie słyszał tego radosnego tonu. Patrzył po twarzach dygnitarzy zgromadzonych koło niego, patrzył na twarze najbliższych. Czy oni tego nie widzieli ? Czy nie widzieli jego oczu ? Miał ochotę zerwać z głowy koronę, porwać szaty na strzępy i uciec daleko. Jednak gdy zaledwie czynił krok w kierunku wyjścia, ta przerażająca masa ludzka zbijała się w jedną, twardą tarczę , odgradzając go od jedynej szansy ratunku. Patrzył wówczas na kapłana, jego czoło zasnute mądrością kierowało się w stronę zgromadzonych i padały słowa : panie, twój lud cię pozdrawia ! Dwa równe rzędy, dwie nieskażone kolumny wiernych poddanych oddawały pokłon aż do samej ziemi , a za nimi kłaniali się duchowni-ich purpurowe kaptury z pomponami majaczały nad szarą masą, przypominając okręty rozrzucone przez huragan. Zan brał berło w dłonie i całował chłodny metal. Ten chłód wnikał strumieniem w jego duszę i zakażał ją trującym jadem. Zan nigdy nie chciał być królem, ale miał nim być. I to już niebawem.


P.S. Taki wojskowy ślub to ja jeszcze mam w planie w Błęktinej Rapsodii :mrgreen:
'' It is easier to forgive an enemy than to forgive a friend''

William Blake

Post Reply

Who is online

Users browsing this forum: No registered users and 0 guests