Crying In The Rain

Piszesz? Malujesz? Projektujesz statki kosmiczne? Tutaj możesz się podzielić swoimi doświadczeniami.

Moderators: Olka, Hypatia, Hotaru, Hotori

Post Reply
User avatar
Athaya
Zainteresowany
Posts: 298
Joined: Sun Jun 20, 2004 2:14 pm
Location: Kalisz

Crying In The Rain

Post by Athaya » Mon Dec 26, 2005 12:45 am

Wesołych świąt all 8)

Image

„Crying In The Rain”

Autor: Athaya
Kategoria”: X-Tremer
Oszacowanie: NC-17
Zaprzeczenie: Nie posiadam żadnych praw...

Streszczenie: Żadnych kosmitów, żadnych mutantów tylko zwyczajne i... Ciężkie życie zwykłej nastolatki Liz Parker. Miała wszystko, czego dziewczynie w wieku lat siedemnastu trzeba, ale jeden głupi błąd pewnego bruneta zniszczył piękny świat, w którym dotąd żyła. Liz nie widząc dalszej przyszłości w tym mieście wyjeżdża do Vermont. Nieoczekiwanie na jej nowej drodze życia pojawia się pewien przystojniak...

Od autorki: No dobra pierwszy raz w życiu piszę w pierwszej osobie z punktu widzenia Liz i kilku innych postaci więc mam cichą nadzieję, że wybaczycie mi wszelkie niedociągnięcia. Mam też nadzieję, że historia choć pokręcona spodoba się wam. Mam tez nadzieję, że wybaczycie mi mój jaskiniowy sposób wyrażania myśli...






Rozdział 1






„Spałem z Tess...”

Słowa Maxa wciąż kołatały w mojej głowie, kiedy kupowałam bilet autobusowy do Vermont, kiedy czekałam na zimnym, pustym przystanku gdzie wiatr wiał tak mocno, że aż powywracał kosze na śmieci wyrzucając wszystkie te brudne i nie potrzebne już nikomu rzeczy. Byłam takim samym śmieciem, który zmięto i wyrzucono niedbale. Tylko, że nie trafiłam do kosza i nie zapomniałam o piekle uczuć, które zgotował mi Max Evans.

To on sprawił, że byłam śmieciem! Że byłam niepotrzebna...

Pamiętam nasze pierwsze spotkanie. Znaliśmy się od dziecka. Taki mały chłopiec z cudnym uśmiechem na ustach, patrzący tymi swoimi brązowymi oczami w moje. Kolejne lata naszej znajomości, która w końcu przerodziła się w miłość. A może my się nie znaliśmy? Może to wtedy, gdy Max przyglądał mi się pierwszy raz, to wtedy była już miłość? Może. No i nawet sama nie potrafię sobie odpowiedzieć na te cholerne pytania splątane niczym węzeł gordyjski w mojej głowie. To niesprawiedliwe!

To Max powinien się zastanawiać się, dlaczego rozbił naszą miłość. To jego wina... Nie. Ech już sama nie wiem!

Tess Harding.

Blond piękność o pełnych kształtach, zawsze uśmiechnięta i strzelająca oczami w stronę mojego Maxa. Mojego. Pojawiła się, omamiła i zabrała mi go. Rozbiła to, co uważałam za piękne i nierozerwalne do końca życia.

Zdzira.

To było dwa miesiące temu w Roswell, mieście kosmitów. Teraz jestem w Vermont. Studiuję zawzięcie biologię w połączeniu z moją ukochaną genetyką oraz... Humanistykę. Brrr! Między zajęciami, imprezami i Bóg wie, czym jeszcze ciągle myślę o Maxie.

Jednak trudno jest zapomnieć o tym, co wydawało się być piękne!

Natarczywy dźwięk w mojej głowie przerwał moje niewesołe myśli. To muzyka. Jestem w barze i zapominam o Maxie. Wrr... Minęły dwa miesiące a ja wciąż myślę o nim w objęciach Tess. Czy wiecie jak to trudno jest wyrzucić z pamięci kogoś, kogo się naprawdę kochało miłością, która wręcz odbierała oddech? Głupie pytanie, pewnie, że wiecie! Przecież powstało tysiące filmów, tyle książek napisano! Tylko dlaczego nie ma książki „Jak zapomnieć o facecie, który cię zdradził”? Jak ignorować własny umysł wciąż i wciąż powracający do tej jednej myśli? Nie wspominać tego, co było piękne? No dobra czasami się daje. Coś w stylu „Pójdę do baru, zamówię Krwawą Mary, a potem hulaj duszo po świecie!” Niech no tylko skończę ten debilny esej. Unoszę głowę szukając wzrokiem usłużnego barmana.

- Tom! Hej! Jeszcze jedną szklankę soku!

Próbuję przekrzyczeć głośną muzykę jednocześnie obserwując jak całkiem przystojny barman sprawnie przygotowuje kolejne drinki dla wciąż napływającej klienteli. Ooh... Ja też chce mieć tylko to na głowie i nie pamiętać przez najbliższych dwanaście godzin o wszystkim, co znajduje się za ladą! Chyba się tutaj zatrudnię! Tom stawia przede mną sok i biegnie z powrotem szaleć z butelką przed zachwyconymi klientkami. A ja wracam do tego mojego eseju, choć to głupota totalna zadawać takie rzeczy studentce pierwszego roku o kierunku biologicznym! Ugh... Po co ja tą humanistykę sobie dobrałam. Zdecydowanie czas z niej zrezygnować!

Nie. Koniec pisania na dziś! Zamykamy ten diabelski teatrzyk i Lizzy idzie się bawić, szaleć na całego. Inaczej Marthy mnie ukatrupi. A zła Marthy to ciężki żywot dla każdego, kto się nawinie ze mną na czele jednak wolę, kiedy ta dziewczyna się odzywa i uśmiecha. Milczek Marthy to zły pomysł i nawet Martin nic tu nie pomoże. No i gdzie ta dziewczyna się podziała... I dlaczego w tym barze jest tyle ludzi dzisiaj no!

Do domu ludzie! Ja chcę jeszcze trochę pożyć.

No i proszę. Jest Marthy, ale nie wspomniała dzisiaj, że Martin też będzie. Przez chwile obserwuję miziającą się namiętnie parę a potem podchodzę. Siadam obok i uśmiecham się do Marthy, która z oporem oderwała się od Martina. Jednocześnie kątem oka rejestruję, że ktoś bardzo natarczywie mi się przygląda od dłuższej chwili, co jest bardzo irytujące. Nie cierpię jak mi się ktoś gapi jakbym była jakimś smakowitym ciastkiem do schrupania i to w dwóch kęsach. Bleeh!

Hmm... Ale mój natarczywy obserwator to całkiem przystojny ktoś, jeśli mnie wzrok nie myli. Doskonałe atletyczne ciało swobodnie rozparte w loży i zadziorne spojrzenie, które sekundę temu przemknęło po moim ciele zatrzymując się tu i ówdzie, wywołując bardzo znajomy dreszcz. Podobasz mi się mimo, że nie jesteś brunetem z zabawnie odstającymi uszami.

Idź do diabła Max!

No, więc Marthy jest zajęta... Hmm, co by tu porobić teraz? Wciąż widzę jak przystojniaczek mi się przygląda pesząc mnie przy tym do żywego. Znikam więc w tłumie, którym porusza wedle własnej woli głośna i szybka muzyka. Zamykam oczy i zanurzam się w ten tłum ludzi pozwalając by muzyka poprowadziła i mnie do tańca. W zasadzie szalony taniec na parkiecie to tez całkiem niezły pomysł na zapomnienie. Czy ja wspominałam, że zawsze kochałam muzykę? Chyba nie. Łiiii! I kolejny obrót... Uuups chyba wpadłam na kogoś. Spoglądam na przeszkodę spod przymkniętych powiek, by się zorientować, z kim mam do czynienia.

To mój obserwator. Zdaje się, że stanęłam jak wryta, bo na jego twarzy pojawił się bardzo śliczny, a jednocześnie niebezpieczny uśmieszek. Chyba mam kłopoty...

- Zatańczysz ze mną – Słyszę szept, który wprawia moje ciało w drżenie. Chyba się zarumieniłam!

Ymm, kiedy muzyka zdążyła zmienić swój ton? Zagryzam wargę bijąc się z własnymi myślami czy zatańczyć z tym bożkiem czy też nie i... Kiwam lekko głową na znak zgody. Jego dłonie natychmiast oplatają się wokół moich bioder władczo przyciągając coraz to bliżej siebie. Ciepło jego ciała ogrzewa także i duszę, a moje ręce bardzo szybko lądują na jego umięśnionym karku. Kołyszemy się w łagodnym tańcu zapomnienia wpatrujemy się w siebie bardzo intensywnie, a ja czuje się dziwnie szczęśliwa.

Radość.

Rumienię się

Uśmiecham

I... Napotykam jego roziskrzone spojrzenie

Do cholery! Jak tu zapominam o Maxie z odstającymi uszami i nie zamierzam się znów zakopać w wir uczuć ty... ty diabelsko przystojny facecie! Idę sobie i nawet ty mnie nie zatrzymasz. Żegnam. Brutalnie wyrywam się z jego objęć i bardzo szybko znikam w tłumie. Wybiegam na zewnątrz. Uciekam. Nie chcę tego uczucia, tej radości, motylków trzepocących delikatnymi skrzydełkami w brzuchu na jego widok. Już raz To przeżyłam i dziękuję nie chcę więcej. Chcę być sama - akademik, pokój, ściana. Osuwam się na podłogę. Wszystko to, co tak usilnie dziś chciałam od siebie odepchnąć powróciło z niewyobrażalną siłą.

Nienawidzę cię Max Evans!

Głowa mi pęka od dźwięku, który nagle wbija się w moją głowę tysiącami sztyletów. To z mojego własnego gardła wydobywa się krzyk rozpaczy. Wrzeszczę. Jak przez mgłę orientuje się, że jestem na strychu, a nie we własnym pokoju i popijam właśnie butelkę czegoś, co ma ostry smak. Pali moje gardło i żołądek. A wisi mi to. Opadam na miękki materac, który brzydko pachnie. Trudno. Moje powieki nagle stają się ciężkie.

Dobranoc Vermont.


CDN.
Image

User avatar
Athaya
Zainteresowany
Posts: 298
Joined: Sun Jun 20, 2004 2:14 pm
Location: Kalisz

Post by Athaya » Thu Dec 29, 2005 6:20 pm

Cichutko tutaj :shock:


Rozdział – 2


Bum!


Jak szalona poderwałam się z łóżka gotowa bronić się przed zagrożeniem!
Sekundę później zorientowałam się, że w mojej głowie harcuje sobie co
najmniej tysiąc krasnoludów z wielkimi ciężkimi młotami i wali w mój mózg
ile wlezie! Oooh... Co się dzieje do jasnej ciasnej!

Bum!

Wyłączcie to cholerstwo! Podchodzę do okna, co wydaje się być bardzo trudne
kiedy ci nogi zdrętwiały, że nie wspomnę o bólu głowy. Jednakże po kilku
próbach wreszcie docieram do okna i co widzę? Wielgachnego buldożera
zamierzającego się właśnie by zadać kolejny cios asfaltowi. Uch! Nie
mogliście sobie wybrać innego dnia, co? Tylko dziś kiedy ja właśnie tak
słodko spałam - po prostu mnie obudziliście. Wredoty jedne! Odwracam się w
stronę drzwi

Spałam na strychu.

Na tym śmierdzącym materacu na którym nie wiadomo co się wyrabiało...

Boli mnie głowa.

Nic z tego nie rozumiem!

No dobrze. Pójdę na dół, fundnę sobie kąpiel i spróbuję zapanować nad kacem,
choć może być ciężko... Chryste, czy tutaj wszyscy muszą być tak głośno!
Wyłączcie tę muzykę, błagam! Zaraz, który pokój jest mój i Marthy... Hm to
chyba ten.

Facet w ręczniku.

Uśmiechnięty blondyn.

Ładny ten ręcznik.

Chyba się uśmiecham.

Zdecydowanie jest zaskoczony tym, że wparowałam do jego pokoju więc
wypadało by przeprosić i wycofać się czym prędzej! Kurde naprawdę
przystojny z niego gość, bez dwóch zdań. Naglę staję jak wryta. Czy ja
właśnie weszłam do pokoju obcego chłopaka, którego ani odrobinki nie znam,
widziałam go w ręczniku i nie zarumieniłam się?! Nie uciekłam z krzykiem.
Zdecydowanie dzisiejszy kac i wczorajsze picie ma w tym swój wielki udział.
Miejmy tylko nadzieję, że nie zrobiłam niczego głupiego. Ależ ten facet był
ładny!

Stop!

Nie mogę ciągle o tym myśleć! Wróćmy do szukania pokoju i pozbycia się tego
piekielnego kaca inaczej głowę mi rozsadzi! Hmm... Miejmy nadzieję, że to
tutaj. Marthy śpi słodko z uśmiechem na ustach wolę nie wiedzieć dlaczego
jest on aż taki ogromny, ale nie dam jej spać! Koniecznie musi mi
powiedzieć czym się leczy diabelskiego kaca i dlaczego ja spałam na
strychu! Ugh głowa mi pękaaaaaaaaaa. Trzaskam z rozmysłem drzwiami i w tej
chwili przez moją głowę przebiega stado dzikich bawołów, a Marthy nic.
Cholera. Zimna kąpiel zdecydowanie jest mi potrzebna.

- Jak tam randka się udała – słyszę zaspany głos Marthy zanim docieram do
drzwi.

- ŻE CO! O jakiej ty randce mówisz do cholery! – krzyczę. Ból głowy jest
niemożliwy do wytrzymania

- No wczoraj czekałam na ciebie z Martinem żebyś w końcu go poznała, ale ty
się zmyłaś na parkiet. Jakiś przystojniak się do ciebie przykleił, a
potem... Znikłaś i on też – Powiedziała z uśmieszkiem na ustach

- Niewyżyta kreatura! Ostatnie co pamiętam... Kładłam się na ten śmierdzący
materac. Żadnego przystojniaczka w okolicy! – Warknęłam zmierzając w stronę
błogosławionej łazienki

- Cóż...

- Cicho!

Znikam za drzwiami. Odkręcam wodę... Cholera jasna! To jest zimne!! Kto
zakręcił ciepłą wodę! Wiązanka przekleństw jest tutaj chyba zbyteczna, bo
głowa przestała boleć jak ręką odjął, a to najważniejsze. Warto też byłoby
się doprowadzić do jakiegoś porządku, żeby ludzie nie uciekli na mój widok.
I zastanowić się co za facet się do mnie wczoraj przykleił.

- Bądź dzisiaj pod dębem bo Martin przychodzi do mnie! Idę na zajęcia! –
słyszę krzyk Marthy.

Cóż teraz pokój mam dla siebie! U lala! Trzeba by było sobie coś wybrać do
ubrania i pędzić... Zaraz! Kiedy mam zajęcia? Osz. Gdzie zeszyty? Biologia,
genetyka. Są. Toż to szok, żebym ja się na zajęcia spóźniła! Chyba w tej
chwili osiągnęłam swój rekord w sprincie, bo zanim się obejrzałam, a już
znalazłam się na przystanku. Żółty samochód wewnątrz którego powinnam się
była znaleźć właśnie znikał za zakrętem. Błagam! Nie dzisiaj! Nie teraz i
nie tutaj!

- Potrzebny mi samochód – mruczę

I dzięki bogu jakieś sto metrów ode mnie stoi czerwone cacko bez dachu.
Chyba jednak dzień nie będzie taki zły jeśli mam czym dojechać do uczelni.
Uśmiecham i podbiegam. Kierowca.... Do tego by samochód jechał potrzebny
jest kierowca i to najlepiej dobry bo nie mam czasu na użeranie się z jakąś
starą babcią do jasnej ciasnej. Myśl. Po raz setny przebiegam wzrokiem
przez tłum ludzi i mam niejasne wrażenie, że ktoś chamsko mi się przygląda.
Nienawidzę jak mi się ktoś przygląda! Do cholery gdzie ty się podziewasz,
właścicielu tego samochodu! Ja się spieszę i mam egzamin!

Pospiesz się!

- Czy mogę ci w czymś pomóc?

CDN.
Image

User avatar
Emila
Nowicjusz
Posts: 104
Joined: Sun Feb 13, 2005 8:54 pm
Location: Bydgoszcz

Post by Emila » Fri Dec 30, 2005 2:16 pm

Hmm...naprawdę mi się spodobał ten ff! :D I to jeszcze jak sposobał! Po raz pierwszy czytam X-Tremer ,jakoś zawsze wolałam konwencjonalne pary i opowiadania o nich. :) A tu prosze taka niespodzianka,naprawdę mnie wciągneło :twisted: Więc się chyba nie zdziwisz jak napiszę,że czekam z niecierpliwością na kolejne części :)
"Now you're flirting with death
you think then the hurting will stop
But your life is so damn precious
and has only just begun"...

User avatar
Athaya
Zainteresowany
Posts: 298
Joined: Sun Jun 20, 2004 2:14 pm
Location: Kalisz

Post by Athaya » Sat Dec 31, 2005 3:08 pm

Ależ proszę bardzo!

Rozdział – 3


Jakiś tydzień temu z rozbawieniem przyglądałem się małemu Cody’emu, który z nieco wystraszoną miną kroczył środkiem korytarza koedukacyjnego akademika w małej dziurze o nazwie Vermont. Oczywiście był mądrzejszy ode mnie i zwiał z Seattle jak tylko dało się najszybciej. Tylko pogratulować takiego cholernego sprytu i wyboru miasta. Kobiety tutaj są całkiem niezłe. I dziś nadszedł dzień naszego rozstania. Oj, chyba będę za tym małym tęsknił.

- No to braciszku życzę ci jakże miłego roczku w tej zapadłej dziurze pełniej pięknych kobiet tylko czekających na to, byś się nimi zainteresował – kpiłem patrząc na biednego Cody’ego, który chował rzeczy do szafy. Jeśli oczywiście tak można nazwać jeden ruch ręką i kołtun ubrań już jest w drewnianej szafie.

- A może jeszcze zostaniesz, co? – spytał z diabelskim uśmiechem na twarzy.

- Nie. Jeden mądry musi siedzieć na straży w domu dopóki babcia tam urzęduje. Mam tylko nadzieję, że nie znalazła mi już żony. – mruczę

- A to by było coś nowego! Słynny na całe Seattle i okolice Alec McDowell złapany w sidła na wieki – Cody się śmieje zemnie.

Czekaj bratku niech no tylko babka się tu zjawi, a już ci znajdzie „odpowiednią” żonkę i nie ma, że boli. Grrr! Jak ja tego nienawidzę! – To do zobaczyska – I wychodzę.

Ach, studia! Kiedy to było? Jeszcze raz zawróciłem, poklepałem małego po plecach i już mnie nie było. Spokojnie wyszedłem na zewnątrz i proszę. Tuż przy moim samochodzie stoi dziewczyna i przytupuje nogą. Przez chwilę z rozbawieniem przyglądam się jej...

Zauważyła to, zgromiła mnie wzrokiem. Ze stoickim spokojem podchodzę i uśmiecham się.

- Czy mogę, w czym pomóc? – pytam uprzejmie.

- Zawieź mnie na uczelnię – jej głos jest jak stal.

Ależ proszę bardzo, piękna nieznajoma. Jak nigdy w życiu tak dziś po raz pierwszy wykonuję rozkaz ze strony kobiety. To może być całkiem zabawne. Uśmiecham się nieznacznie widząc jak dziewczyna samowolnie wsiadła do mojego samochodu. Jednocześnie mam dziwne wrażenie, że nie jest to nasze pierwsze spotkanie. Dziwne. Ja zawsze pamiętam kobiety, z którymi się umówiłem. No, ale spokojnie! Mamy troszkę czasu by się poznać. Widząc jednak, że dziewczyna zaczyna się niecierpliwić, wsiadam do samochodzu. Zabawę czas zacząć!

*


- Czy mogę w czymś pomóc? – słyszę czyjś głos.

Dzięki Bogu! Z nieba mi spadasz, kimkolwiek jesteś. Odwracam się na pięcie i... Ugh. Facet natrętnie mi się przygląda, a ja tego tak nie znoszę! Nie mam czasu na użeranie się z tobą. Bez pytania wskakuję do całkiem wygodnego samochodu.

- Zwieź mnie na uczelnię!

Najwyraźniej posiadam jakieś nadnaturalne zdolności, bo on bez szemrania wsiada do swojego samochodu i już jedziemy. Jestem w szoku... No, ale mam podwózkę, a to najważniejsze. Jednocześnie na próżno staram się ignorować fakt, że jego ręka nagle niczym wąż znalazła się na oparciu siedzenia i styka się z moim ciałem wywołując mój dreszcz. Przyjemny dreszcz. Ukradkiem przyglądam mu się i zdecydowanie stwierdzam, że obok mnie siedzi stuprocentowy facet. Diabelnie przystojny facet! Z ogromnym trudem odrywam od niego wzrok by zająć się biologią. Nagle czuję, że moja twarz zrobiła się czerwona jak wino.

A sio grzeszne myśli!

Śmiech.

I to wcale nie mój! To ten Adonis się śmieje i ku własnemu zdumieniu dołączam do niego. Co za dziwny dzień?\! Przez chwilę patrzymy sobie w oczy.

- Patrz na drogę – mruczę i wracam do... genetyki.

Jednak zanim zdążyłam się obejrzeć, a już znaleźliśmy się obok uczelni. Dzięki Bogu pan Reaby jeszcze nie przyjechał. Uf... No to nadszedł czas na pożegnanie z tym bożkiem. Odwracam się do niego. Albo ktoś wyłączył głos, albo mnie się zdaje, bo nagle wszystko wokół ucichło. Liczyły się tylko te nieznośnie zielone oczy. I nie miał odstających uszu.

Cholera jasna!

Z impetem wysiadam z samochodu i pędzę w stronę budynku. Wszystko wokół mnie powraca ze zdwojoną siłą, a świadomość, że Max jest teraz w objęciach Tess... Grrr! Jak ja nienawidzę tej suki! Odebrała mi go w taki prosty sposób, a ja nie potrafiłam zareagować. Okazałabym się niegodna Maxa. Zresztą wracać do tej samej osoby czy też odbijać ją komuś to czysta dziecięca głupota przeznaczona jedynie dla tych, które nie potrafią powiedzieć nie.

Chyba, że jest to przeznaczenie.

Przeznaczenie to już coś zupełnie innego. Wtedy wiadomo, że te dwie duszyczki, mimo, że żarły się ze sobą, rozstawały i po tysiąckroć wracały do siebie są... są sobie przeznaczone i jakaś głupia blondyna nie zdoła się w to wedrzeć ze swoimi marnymi sztuczkami. Widać przeznaczenie moje i Maxa było zbyt słabe. On był słaby, a ja nie miałam dość siły w sobie by się temu przeciwstawić. A może nie chciałam się przeciwstawić...

Nie!

Kochałam Maxa.

A potem Tess wszystko zepsuła, ale głupotą jest oskarżać kogoś. W końcu to los tak zdecydował i jakoś tak mam pewność, że właśnie tak być powinno. Zdecydowanie zapomnę o tobie, Maxie Evansie.

Zapomnę.

Wybaczę.

Będę żyć dalej w samotności.

Nikogo już nie dopuszczę do swego serca.

Mimo woli, która dziś zrobiła sobie wolne, odwracam wzrok w poszukiwaniu przystojnego zielonookiego. I niech to diabli wezmą... Stoi sobie tam oparty o swój czerwoniasty samochód i bezczelnie patrzy się na mnie. Ugh... Znikam za drzwiami uniwersytetu i bardzo szybko docieram do sali wykładów. Najwyższy czas zacząć się uczyć, Elizabeth Parker.

Do przystojniaczka wrócimy później.

CDN.
Image

User avatar
Emila
Nowicjusz
Posts: 104
Joined: Sun Feb 13, 2005 8:54 pm
Location: Bydgoszcz

Post by Emila » Mon Jan 09, 2006 2:20 pm

Najbardziej co mi się podoba w tym ff,to zachowanie Liz,jest inna niż w serialu.Nie jest taka idealna i w końcu zwraca uwagę na innego chłopaka i tym razem nie jest to Max Evans! :D Akcja coraz bardziej się rozkręca,czekam na 5 część(4 czytałam już :) ) Jestem tylko ciekawa czy w ff będzie można usłyszeć coś o Marii,Michaelu,Kylu,czy opowiadanie zamknię się co do samej postaci Parker...?
"Now you're flirting with death
you think then the hurting will stop
But your life is so damn precious
and has only just begun"...

User avatar
Athaya
Zainteresowany
Posts: 298
Joined: Sun Jun 20, 2004 2:14 pm
Location: Kalisz

Post by Athaya » Sat Jan 21, 2006 1:51 pm

Rozdział – 4


Na moje szczęście profesora jeszcze nie było, ale za to w oknie stał wianuszek roześmianych panien. Ugh, zapewne plotkowały o blondasie, który mnie podwiózł. W końcu trudno nie zauważyć kogoś takiego. Usiadłam więc i spokojnie czekałam na rozpoczęcie zajęć. Tylko, dlaczego wciąż myślę o nim! Zupełnie nie mogę tego zrozumieć. Fakt, jest przystojny, z humorem...

- Przepraszam czy to grupa profesora Reaby? – pytanie zadała starsza korpulentna kobieta.

- Tak – odpowiedziałam machinalnie.

- Dzisiejsze zajęcia zostały odwołane. Pan profesor nie może się dziś zjawić.

- Huraaa! – wrzeszczą dziewczyny.

Uśmiecham się nieznacznie na myśl o tym, że teraz będę mogła wrócić do akademika, fundnąć sobie długą kąpiel i zapomnieć o bożym świecie. A potem znajdę jakiś dobry środek na kaca i wszystko będzie cacy. Zaskakująco szybko znów jestem na dworze.

Blondas nie ruszył się z miejsca ani o milimetr. Bardzo wolno podchodzę do niego.

- Hej – mówię trochę nieśmiało.

- Witam znów – odpowiada on z uśmiechem na ustach.

Nogi mi miękną, gdy widzę ten uśmiech. Dlaczego on musi być aż taki przystojny? Kątem oka wychwytuję niezwykłe poruszenie wokół mnie, to babska część uczelni wpatruje się w niego. Chyba odczuwam satysfakcję na myśl, że to właśnie JA z nim rozmawiam i to mnie podwiezie teraz do domu. Wracam spojrzeniem do zielonookiego.

- Będziesz dobrym chłopcem i odwieziesz mnie do tego samego akademika, z którego zabrałeś mnie chwilę temu. Prawda? – czy ja właśnie z nim flirtuję?

I po raz kolejny mój niesamowicie przystojny nowy znajomy otwiera usłużnie drzwi od strony pasażera, a ja wsiadam. Następnie on sam wsiada.

- Liz! Liz zaczekaj – słyszę pełen słodyczy głos. O rany.

Ginny Grey. Kolejne wredne babsko chodzące po tym świecie właśnie mnie przyuważyło. Niech to diabli. Z ogromnym wysiłkiem wykrzywiam usta w coś na kształt uśmiechu i odwracam się do rudzielca. Grr... Gorzej chyba już nie można wyglądać w tym różowiutkim wdzianku. Ubrała się koszmarnie, ale co tam mnie to nie obchodzi, to ona robi sobie krzywdę. Z niesmakiem obserwuję jak strzela oczami w stronę blondaska, trzepocze zalotnie przyklejanymi rzęsami i wije się niczym wąż.

- Hej Liz. Przyjdź dzisiaj do mnie na imprezę o ósmej i weź ze sobą swojego znajomego – mówi i po raz kolejny trzepocze rzęsami.

Impreza. Pomysł jak najbardziej ciekawy, ale obecność vipów a’la Ginny to już gorzej. To będzie piekło na ziemi, ale nie można odmówić! Przynajmniej będzie za darmo i z przystojniaczkiem jako ochroniarzem. Mmm... Odwracam się w jego stronę by zapytać czy ze mną pójdzie. Nie mogę się powstrzymać i przez chwilę obserwuję jego redakcje na Ginny. Zazwyczaj każdy plemnik, kiedy ją widział, nagle dostawał czkawki i wychodził z siebie by popatrzeć na nią jak najdłużej.

Żadnej reakcji z jego strony.

On wpatrywał się we mnie - żarłocznie! Chyba mam zawał, albo znalazłam się w niebie. Nawet cholerny Max tak się nie zachowywał, ale mniejsza z tym. Zielonooki idzie ze mną na imprezę...

- To, co pójdziesz ze mną do Ginny? – spytałam dla pewności.

- Tak.

- Będziemy o ósmej – znów odwracam się do Ginny.

Świnka z klasą najwyraźniej jest zaskoczona faktem ignorancji blondaska. Niemalże widzę jak myśli jakby tu go poderwać. Eh, to bez sensu, Liz. Przestań się tak zachowywać i pomyśl o jakimś dobrym środku na kaca. Ginny odchodzi nadal się wijąc, a my odjeżdżamy.

- Jak masz na imię? Bo moje już znasz – pytam nieoczekiwanie.

- Alec – odpowiada on.

Po raz kolejny jego tembr głosu wprawia w drżenie moje ciało. Nie panuję nad tym. Zdecydowanie powinnam się zastanowić, co się ze mną dzieje, inaczej sfiksuję albo mój móżdżek zamieni się w papkę. Ukradkiem spoglądam na Aleca i z przyjemnością obserwuję kontur silnie zarysowanej szczęki. Kolejny dreszcz przepływa przez moje ciało. Niespodziewanie wokół nas wzmaga się wiatr. Moje włosy fruwają, niekiedy delikatnie muskając jego policzek. Nieco zirytowana próbuję nad tym zapanować, ale nic nie pomaga i jest mi zimno! Jakim cudem pogoda tak nagle może się zmienić, co?! Spoglądam w niebo, które zapowiada ulewę. Nienawidzę deszczu. Max całował się z Tess na deszczu... Zgrzytam wściekle zębami na myśl o tej scenie i kątem oka rejestruję, że Alec zjeżdża na pobocze. Co się dzieje?

- Coś się stało? – pytam zdumiona

- Drżysz – mówi i sięga po coś na tylne siedzenie.

Taa... Jest mi zimno, a Alec właśnie okrył mnie swoją, pachnącą nim samym kurtką. To on zapina guziki po samą szyję, to on przyciąga mój wzrok, uśmiecha się tak, że nagle robi mi się niesamowicie gorąco. Jest tak blisko...

Piiiiiiiiiiiip!

Samochód, który nas minął, wydawał dźwięki muzyki głośne niczym bezprzewodowy boombox. Alec odwraca głowę na drogę. Mogę odetchnąć. Jeszcze milimetr i nasze usta by się spotkały i... Przysięgam na wszystko, że miałam ochotę go pocałować, bez dwóch zdań. Alec z lekka zmieszany prostuje się, przez chwilę oboje wpatrujemy się w drogę przed nami, a potem on rusza.

Jestem zakłopotana.

Marzę o tym, aby jak najszybciej znaleźć się z dala od niego i przestać marzyć o tym diabelnym pocałunku! Przeklęta karnacja znów ujawnia głęboki rumieniec na mojej twarzy, a ja nie mam odwagi znów spojrzeć na Aleca. Dzięki bogu tuż za zakrętem jest akademik. Wysiadam.

- To do zobaczenia wieczorem – mówi.

Uch to będzie bardzo ciężki wieczór. Z ulgą wdrapuję się po schodach i dzięki Bogu jest mój kochany pokoik! Czas znaleźć lekarstwo na kaca i... ubranko na imprezę.

Będzie zabawa!

CDN.
Image

User avatar
Athaya
Zainteresowany
Posts: 298
Joined: Sun Jun 20, 2004 2:14 pm
Location: Kalisz

Post by Athaya » Tue Feb 21, 2006 8:09 pm

Rozdział – 5




Wchodzę do pokoju i... Marthy siedzi na łóżku wpatrując się w coś na ścianie, czego ja najwyraźniej nie widzę. Ciekawe, co mogło się stać, bo o tej godzinie dziewczyna powinna siedzieć na uczelni. Spoglądam na zegarek, jest dziesiąta rano. Bardzo dziwne. Siadam więc koło niej i przez chwilę milczymy obie.

- Czy... coś się stało? – pytam ostrożnie.

Przez chwilę znów jest cisza, a potem Marthy opiera się o moje ramię jakby z ulgą. Oho - milcząca Marthy nadchodzi, ale do diaska, co się stało! Koniecznie muszę ją zapytać. Teraz jednak obejmuję biedne dziecko i siedzimy dalej. Zazwyczaj to pomagało i po pięciu minutach dziewczyna zaczynała mówić, ale dziś jest inaczej. Nie podoba mi się to.

- Martin wyjechał.

- To chyba nie powód, by zaraz tak bardzo rozpaczać – mówię.

- Ale on zabrał wszystko z mieszkania, wymeldował się... – głos Marthy jest nadal spokojny, a jednak wiele w nim bólu.

- Nie powiedział, dlaczego się wyprowadza? Może znalazł jakieś nowe lokum i nie zdążył ci o tym powiedzieć?

- Nie. Kobieta, u której mieszkał, powiedziała, że zabrał wszystko i zapłacił z góry za umówiony pobyt. Zniknął – Marthy położyła się na łóżku.

Co za drań z tego Martina, żeby tak zostawić dziewczynę - w nieświadomości, nie powiedzieć nic? Grr... Faceci to cholerne dranie! Czyli przyjemna impreza z Aleciem robi papa. Nie mogę zostawić zrozpaczonej przyjaciółki w takim stanie. Wychodzę do łazienki by wreszcie się wykąpać. Oooh, co za ulga! Zakręcam wodę i... pukanie do drzwi. Słyszę, że Marthy z kimś gada, więc to zapewne do niej. Spokojnie się ubieram, związuje włosy i smaruję usta kremem, bo jakoś tak dziwnie wyschły. Nie zakładam sweterka. W pokoju jest cieplutko, więc krótka bluzeczka wystarczy, a czego męskie oczy nie widzą temu nie żal. Wychodzę z pokoju z zamiarem dalszego pocieszania Marthy.

Na środku pokoju stoi Alec.

Mam wielką ochotę uciec, a jednocześnie rzucić się na niego. Wpatruję się w jego oczy, które błądzą gdzieś w okolicy mojego brzucha i uśmiecham się, gdy złapany na gorącym uczynku napotyka mój wzrok. Zielone tęczówki iskrzą wesoło, a na jego ustach błąka się uśmieszek.

- Jak mnie znalazłeś? – pytam cokolwiek zdumiona.

- Stęskniłem się – odpowiada on.

- Widziałeś mnie przecież dopiero co!

- Bardzo się stęskniłem – mówi i robi krok do przodu.

Ja robię krok do tyłu i naglę orientuję się, że temu wszystkiemu przygląda się zdumiona Marthy. Z uśmiechem. Alec ma uzdrawiające zdolności samym swoim widokiem, jak stwierdzam po namyśle. Uśmiecham się mimo woli. Spoglądam na niego, a raczej gdzieś w okolicę jego klatki piersiowej, bo jest sporo wyższy ode mnie. Uh...

- To jest Marthy, a to Alec – przedstawiam ich sobie i zwiewam chowając się za Marthy.

Tutaj jego urok też podziałał, bo Marthy nagle zrobiła się wesoła niczym skowronek. Zadziwiający facet. Tymczasem jego spojrzenie znów wędruje do mnie.

- To może się przejdziemy? – pyta z zawadiackim uśmiechem na ustach.

- Yyy... Nie mogę mam dużo roboty – mówię wymijająco. Jeszcze jedna chwila z nim sam na sam, a nie wytrzymam!

- OK – nieco skonsternowany przygląda mi się przez chwilkę. – No to... Do zobaczenia przed ósmą Liz – i wychodzi.

- Słucham?! – Marthy natychmiast odwraca się w moją stronę. – Domagam się, żebyś mi powiedziała skąd znasz tego faceta!

- To długa historia – wcale nie mam ochoty nawet o nim myśleć. Nie chcę!

- Mamy czas do siódmej, mów! – wrzeszczy Marthy.

- A co z Martinem? – odbijam piłeczkę.

Pogrążam się we wspomnieniach z dzisiejszego spotkania i wcale mi się nie podoba fakt, że mam iść z Aleciem na tą imprezę. Tymczasem gdy Marty to usłyszała postanowiła mnie ubrać jak należy. Obie zdecydowałyśmy, że koniec z grzeczną Liz. Stanowczo też zakazała mi myśleć o Maxie... Ja tu myślę, jak się wymigać od Aleca, a ona wyskakuje z uszatym. Nienawidzę cię Max! Nienawidzę za to, co mi zrobiłeś. Żebyś się smażył piekle razem z tą swoją Tessunią!

- Nie waż się wspominać o Maxie Evansie w mojej obecności! – gromię ją wzrokiem.

- I tak być powinno, a z Martinem to ja sobie dam radę sama. A powiem ci, że ja już gdzieś go widziałam... Nie wiem gdzie. Jak sobie przypomnę to ci powiem – powiedziała.

- To mi pomoże i to bardzo. Powiedz jeszcze, że znasz dobry środek na kaca, a będziesz kochana!

- Kawa – odpowiada Marthy.

Czyli wszystko mamy wyjaśnione. Wyciągam z szuflady zakazaną tabliczkę czekolady i po chwili obie lądujemy na łóżku śmiejąc się do bólu brzucha. Wiedziałam, że Marthy zawsze mi pomoże i nic tego nie zmieni.


CDN.
Image

User avatar
Athaya
Zainteresowany
Posts: 298
Joined: Sun Jun 20, 2004 2:14 pm
Location: Kalisz

Post by Athaya » Mon Mar 13, 2006 10:40 am

Rozdział – 6




Co za cholera, debil, palant, gnida przebrzydła. Jak śmiał mnie zostawić. Mnie! Bezmózgi dupek, którego nienawidzę! Nie powie nawet dlaczego! Ugh... Faceci i ich przerośnięte do rozmiarów główki od szpilki ego. Tylko dziękować Bogu, że istnieją jeszcze tacy ludzie jak Liz. Gdyby nie ona to nie wiem co bym zrobiła. Nie wiem co bym zrobiła z Martinem, bo z całą pewnością jak go znajdę to zabiję. Nie rozumiem dlaczego ta menda wyjechała tak nagle bez słowa i nie odpowiada na telefony. Co takiego się wydarzyło, że mnie zostawił? Przecież było fajnie. Fakt znaliśmy się krótko i byliśmy ze sobą też krótko, ale...

Leżymy sobie z Liz na łóżku i zajadamy się tą pyszną, kaloryczną czekoladą starając się za wszelką cenę uspokoić.
Pamiętam ją, kiedy zjawiła się w Vermont w tym pokoju a ja miałam ochotę złożyć pozew do sądu za taką nudną współlokatorkę, a tu niespodzianka. Dziecko troszkę pochlipało w kąciku... Zaczęło mówić, ale dużo wody upłynęło zanim cokolwiek z tego zrozumiałam. Niemniej jakiś Max skoczył w ramiona innej blondynki, a biedna Liz cierpi. Jako dobra nowa przyjaciółka uspokoiłam ją i rzuciłam w wir imprez. A nóż widelec zapomni o Maxie i pozna kogoś nowego. Chyba wreszcie się udało.

- Musisz o nim zapomnieć – mówi nagle Liz.

- Ale najpierw mu skopię tyłek jak tylko go znajdę – uśmiecham się złowieszczo. – I nie mów, że muszę się uspokoić!

Liz się śmieję i luz. Przed chwileczką byłam świadkiem jak próbowała się oprzeć temu smacznemu kąskowi jakim był Alec, ale coś słabo jej szło. Czyżby to właśnie jemu udało się sprawić by Liz zapomniała o Maxie? To było by bardzo ciekawe. A swoją drogą to ja mam nieodparte wrażenie, że skądś znam tego gościa, ale nie wiem skąd. Wzięłam kolejną kostkę czekolady i usiadłam.

- A Alec pomaga ci bardzo szybko zapomnieć o Maxie i nie zaprzeczysz temu! – pokazuję jej język.

- Więc i tobie przydał by się ktoś na zapomnienie! – Liz poważnieje.

Muszę zapamiętać by nie wspominać przy niej o Maxie inaczej gotowa mnie zabić. Trzeba by było coś porobić byle nie myśleć o Martinie. Upiłam łyk wody bo już mi niedobrze od tej czekolady. Czas włożyć ją do szuflady.

- Kupimy ci jakiś ciuszek, który powali Aleca na kolana – uśmiecham się.

- Ym... Planowałam założyć spodnie i jakąś zwykłą bluzkę. Nie zamierzam wyglądać tak jak organizatorka tego cyrku – odpowiada Liz z niesmakiem.

- Chyba zapomniałam spytać gdzie ta impreza?

- U Ginny Grey – odpowiada Liz.

Że co?! No cholera jasna by to wzięła, właśnie się napiłam wody i wszystko wylądowało na bluzce zaraz po tym jak się zakrztusiłam. Jakim cudem ta niepozorna i niewinna dziewczyna została zaproszona do tego szmatławca na imprezę. No tak, giętka pindyryna dostrzegła Aleca i postanowiła go zabrać dla siebie. Oj, Liz, będziesz z nią miała ciężkie życie! Zdecydowanie powinnam jej wyjaśnić zasady walki z ludźmi pokroju panny Grey i ostrzec Aleca jak tylko się tu znów zjawi.

- Wiesz co? Jednak chyba się przejdę trochę – mówi Liz.

- Zabierz ze sobą blondaska – gdyby spojrzenie mogło zabijać to na pewno już bym była martwa.

Uśmiecham się niewinnie, a Liz znika z pokoju. Gdziekolwiek jesteś, Alec, życzę ci, żebyś teraz spotkał na swej drodze Liz. I bierz się za nią i to szybko! Rozmyślając o znajomo wyglądającym Alecu, przeglądam nasze zapasy żywności z niesmakiem odnotowując, że lodówka świeci zastraszającymi pustkami. Trzeba by było się zaopatrzyć nieco. Ubieram się więc i wychodzę starannie zamykając drzwi. Oczywiście jak to ja sprawdzam czy rzeczywiście zamknęłam te drzwi jeszcze raz i jeszcze... Ugh! Na pewno zamknęłam. Zeszłam na dół do sklepu naprzeciwko akademika i bardzo szybko wszystko kupiłam. Właśnie wychodziłam z papierniczego gdy nagle ktoś wyrósł przede mną jak ściana od której odbiłam się niczym piłeczka. Do diaska, nie możesz bardziej uważać! Zirytowana odgarnęłam kosmyk włosów i zgromiłam tego kogoś, kto był taki ślepy. To był chłopak, który uśmiechnął się zawadiacko do mnie. Idź do cholery!

- Przepraszam. Może ci pomóc? – zaproponował.

- NIE! – okręciłam się na pięcie i już mnie nie było.

No co! Mama uczyła, żebym nie rozmawiała z nieznajomymi. Zapłaciłam za zakupy i wróciłam do akademika. Z trudem odnalazłam pośród gąszczy torebek swoją własną. Chciałam wyjąć klucze, ale nigdzie ich nie było. Przeszukałam kieszenie kurki, spodni, rozejrzałam się wokół siebie i nic. Spokojnie tylko bez paniki. Przecież nie mogłam ich zostawić w sklepie... Oczywiście! Z ulgą zawróciłam do sklepu.

- Przepraszam czy nie znalazła pani jakiś kluczy? - zapytałam z
nadzieją.

- Ooo! To pani! Jakiś młody człowiek zaoferował się, że sam pani je odda.

Że co?! Wybiegłam ze sklepu i rozejrzałam się dookoła w nadziei, ale nigdzie ani żywej duszy. Żeby to wszystko diabli wzięli! Wszystko przez ciebie Martin! Wdrapałam się na drugie piętro i usiadłam tuz przy naszych drzwiach. Liz powinna przyjść niedługo...

CDN.



Rozdział – 7




Wyszłam z pokoju dusząc się w tych czterech ścianach. Dusząc się wspomnieniami i własną nienawiścią do Maxa. Ktokolwiek usłyszałby historię naszego „związku” zapewne złapałby się za głowę, bo na pewno nie stanowił wzoru do naśladowania. Słodki przylepiec wiecznie zastraszony, nie wiedzący, czego chce od życia. Oczywiście to jest Max Evans, który ciągle nachalnie siedzi w mojej głowie i ani myśli zginąć, przepaść z kretesem bym mogła wreszcie zacząć żyć od nowa.

Nie bać się kolejnego faceta.

Wpatruję się w ulicę, którą gdzieś podążam... Nie mam konkretnego celu. Chcę jedynie poważnie się zastanowić nad samą sobą i nad swoim popapranym życiem. Ok. W dużej mierze to ja sama też w tym wszystkim siedzę i głupio pozwoliłam się w to wciągnąć! Ba Chciałam tego, bo w końcu nie kto inny tylko ja, Elizabeth Parker, szaleńczo zakochałam się w Maxie i mieszkałam w Roswell. Małe miasto i jego mankamenty, fura turystów pragnących znaleźć kosmitów.

Niedobrze mi na samą myśl.

A teraz trafiłam do jeszcze mniejszego, bardziej zakonspirowanego, a w dodatku jeszcze mniejszego niż cholerne Roswell, miasteczka studenckiego o wdzięcznej nazwie - Vermont. I tutaj jest tak samo. Moje 7 życie nie jest prywatnym, bo zawsze znajdzie się jakaś menda, która puści płotkę i proszę. Dlatego nikomu nie opowiadam o swoim poprzednim życiu. Wsiadłam w autobus i zaczęłam żyć na nowo, a jednak stare myśli pozostały na swoim miejscu. Grrr! Rozglądam się dookoła by choć trochę zorientować się gdzie ja w ogóle jestem. Park, uspokajająca zieleń i zero ludzi. Wprost wymarzone miejsce by pomedytować...

- Hej – słyszę tuz za sobą.

- Zwariowałeś! Nigdy więcej tak nie rób! – wrzeszczę na faceta.

Serce podskoczyło mi do gardła, ale to wcale nie dlatego, że mnie śmiertelnie przestraszył. Przede mną stał w całej swej jakże męskiej okazałości Alec - we własnej osobie. Wpatrywał się we mnie intensywnie. Zbyt intensywnie! Odwracam głowę nie mogąc dłużej znieść jego spojrzenia. Peszyło mnie.

- A kysz maro przebrzydła!! – mruczę gniewnie.

Odwracam się na pięcie z zamiarem powrotu do domu. Niestety Alec nie daje się tak łatwo spławić. Czy on nie rozumie, że w tej chwili, jeśli zaraz nie zniknie, to nie odpowiadam za siebie? Ku własnemu zdumieniu odkrywam, że Max zszedł na drugi plan. Efekt zielonookiego ot, co! Uch... Wyrywam mu się gwałtownie chcąc jak najszybciej uciec. Na próżno staram się zignorować ten przyjemny dreszczyk, który przepłynął wzdłuż kręgosłupa wraz z dotknięciem jego ręki. Wciąż maszerując bezczelnie studiuję jego twarz, która nosi ślady niewyspania. Ciekawe, co się stało? Alec uśmiecha się półgębkiem i kroczy dumnie jak paw. Kręcę głową na jego śmieszne zachowanie i bez ostrzeżenia zmieniam kierunek. Przecinam równiutko wystrzyżony trawnik... Jesteśmy w parku. Na oczach dziesiątków studentów. Po prostu genialnie. Wzdycham ciężko i siadam pod drzewem. Natrętny Alec ani myśli mnie opuścić. Cokolwiek zdumiona obserwuję jak on opiera mnie o swoje doskonale atletyczne ciało i uśmiecha się szeroko. Czy ja coś przeoczyłam? Czy w ogóle mu na to pozwoliłam?

- Co tu robisz? – pytam gwoli ciekawości.

- Znasz odpowiedź – odpowiada on.

No tak. Jest tutaj z mojego powodu, ale ja nie rozumiem! Przecież we mnie nie ma nic interesującego, jestem sobie zwyczajną niepozorną dziewczyną i wcale nie jestem ładna! Więc czemu właśnie akurat ja?! Alec zaczął się bawić ramiączkiem mojej bluzki... To zsuwa, to zakłada tą odrobinkę materiału po raz kolejny. Wpatruję się w tę czynność nieco sparaliżowana nie wiedząc, co robić i nagle Alec przestaje. Delikatnie unosi moją twarz i bardzo głęboko zagląda w oczy. Nie jestem wstanie się oderwać, nie jestem wstanie nawet drgnąć. W tej chwili liczą się zielone oczy i to, że to właśnie jest Alec. Odległość między nami zmniejsza się nieznacznie, gdy on opiera swoje czoło o moje i uśmiecha się.

- Ślicznie wyglądasz, gdy się rumienisz – mhrr... ten głos!

- Co ty nie powiesz – wpatruję się w te usta.

Moje myśli krążą jedynie wokół jednego jedynego zakazanego pragnienia. Chce cię pocałować, Alec! Wtem jakiś szelest odrywa mnie naglę od tej kontemplacji! Niechętnie spoglądam w bok i... ugh! Ginny! Jest bardzo wściekła sądząc po gromach, które ciska w moja stronę. A wisi mi to! Alec obejmuje mnie gwałtownie i usadza przed sobą między umięśnionymi udami. Sztywnieję nagle wiedząc, co jest tuż za mną. Alec przyciąga mnie władczo coraz to bliżej siebie.

Jestem jego tarczą obronną!
Ha!

Tryumfalnie przyglądam się pieniącej się w bezsilnej złości Ginny cały czas czując silne mięśnie jego ud...

- Hej Liz... To może przedstawisz mi swojego znajomego – wita się słodko.

- To jest Alec, a to jest Ginny – krótko, zwięźle i na temat.

- Nie widziałam cię wcześniej w mieście, kiedy przyjechałeś?

Ginny ostrożnie siada na trawie skwapliwie odsłaniając jeszcze więcej ciała. Strzela oczami do Aleca starając się go zainteresować i tu niespodzianka, bo ja jestem po drodze... Rumienię się gwałtownie, bo właśnie w tej sekundzie umysł przetworzył obraz na rozum. Siedzę w parku pod drzewem między nogami szaleńczo przystojnego Aleca i chronię go od natarczywej Grey! Matko Boska, co ja wyprawiam! Chcę się wyrwać i uciec natychmiast, ale Alec delikatnie zacieśnia swój uścisk i ani drgnę.

- Jestem od niedawna. W zasadzie to byłem u brata i rano miało mnie nie być, ale Liz skutecznie odwiodła mnie od tego pomysłu. Przepraszam cię, ale my musimy już iść. Jeśli mamy przyjść do ciebie to zakupy są jak najbardziej na miejscu.

Szczęka Ginny opadła do samej ziemi tak jak i moja. Oboje wstajemy i krótkim „pa” żegnamy natrętną. Nie mija nawet minuta, gdy wybucham niekontrolowanym śmiechem. Obrazek zdumionej Ginny pozostanie w mojej głowie na zawsze! A teraz idziemy na zakupy. Znaczy się Alec idzie, bo ja już wiem, co na siebie włożę.

Ramię w ramie kroczymy ulicami Vermont przyglądając się uważnie każdej wystawie sklepowej. Nie wiem, czego konkretnego szuka Alec, ale... oh! Moja uwaga skupia się na pięknej czarnej sukience. Zatrzymuję się gwałtownie wpatrując się w ten skrawek materiału. Niestety, jak to facet, Alec natychmiast zaciąga mnie do środka i zmusza do przymierzenia tego cacka. Efektem jest jego pełne zaskoczenie nie pozbawione uznania. Znowu mnie rozbiera wzrokiem! Już ja mu dam! Menda przebrzydła. Żeby zakamuflować zażenowanie uważnie studiuję cenę i natychmiast zawracam do przymierzalni. Nie będę nawet nosić czegoś, co ma pięć zer! Tylko siłą udaje mi się wypchnąć Aleca na zewnątrz.

I chwilkę później znów jesteśmy w sklepie tyle, że tym razem to Alec się stroi. Chichocze rozbawiona jego długimi gdybaniami czy wybrać czarna bluzę czy może niebieską. Oczywiście kupuje obie, a następnie przymierza bojówki. Chwila wahania i wychodzi z przymierzalni... Nie ma na sobie koszuli. Jak zahipnotyzowana wpatruje się w jego umięśnioną, gładką jak pupcia dziecka klatkę piersiową.

W co ja się wpakowałam!

- Kupuj i idziemy! – warczę zirytowana własną słabością i odwracam się do niego tyłem.

- No, co? Prawda, że te bojówki są ładne! – chwali się. – Będą pasowały na imprezę! – dodaje.

Tiaa... A ja zamiast skupić się na tej cholernej imprezie będę miała ciebie przed oczyma. To będzie straszna tortura.

CDN.



Rozdział – 8





„Odwiedzić Cody’ego i ruszać do domu na spotkanie z Gorgoną tudzież chronić swój tyłek przed ożenkiem w wydaniu babki” - taki był mój pierwotny plan. A że z moich planów zazwyczaj nic nie wychodzi, to ja już nic nie poradzę. Przykładem może być Elizabeth, która właśnie w tej chwili siedzi tuż przede mną między moimi nogami i chroni od tej wścibskiej Grey. I wystawia na próbę moje własne ciało, które już od dłuższej chwili alarmuje o stanie wrzenia i najwyraźniej domaga się Liz. Zdecydowanie powinienem ją jakoś inaczej usadzić, ale teraz już nie było odwrotu. Byle by przetrwać ciężkie chwile. Ale wróćmy do gaduły Grey.

Za pierwszym razem nie przypominałem sobie, kim jest ten rudzielec z bądź co bądź całkiem niezłym ciałkiem, ale już pamiętam. Natrętna małolata wiecznie szwendająca się za swoją siostrą Amy, z którą kiedyś byłem. Upierdliwość weszła jej w krew. Nie ma co! Tylko tego mi brakowało, żeby teraz ten dzieciak wyskoczył przy Liz o moim pochodzeniu. Po prostu pięknie! Czas się wycofać zanim różowa landrynka powie cokolwiek.

- Nie widziałam cię wcześniej w mieście. Kiedy przyjechałeś? – Pyta nagle Ginny wyrywając mnie z chwilowego zamyślenia.

- Jestem od niedawna. W zasadzie to byłem u brata i rano miało mnie nie być, ale Liz skutecznie odwiodła mnie od tego pomysłu. Przepraszam cię, ale my musimy już iść. Jeśli mamy przyjść do ciebie to zakupy są jak najbardziej na miejscu – odpowiadam zimno.

O! Chyba trafiłem w czuły punkt, bo nagle dziewczątko zrobiło się białe jak papier z wściekłości. I w tej jednej chwili przyjrzałem się Ginny. Zdecydowanie nie spodobało mi się to, co zobaczyłem. Za wiele można z niej wyczytać od razu. Liz jest zupełnie inna. Hmm... Chyba możemy sobie iść. Wstaję i pociągam Liz za sobą. Czas mija zaskakująco szybko, kiedy przebywam z nią. Jeszcze zanim spotkałem się tym z aniołem miałem przyjemność śnić to coś zakazanego i moją towarzyszką w tym wszystkim była właśnie Liz. Efektem było lekkie niewyspanie i nieprzerwany potok myśli na temat tej kobietki.

Przyglądam się wystawom sklepowym, które ni stąd ni zowąd pojawiły się przed moimi oczami. Na dobrą sprawę, jeśli by się poważnie zastanowić to raczej Liz stanowi obiekt moich obserwacji. Z przyjemnością kontempluję jak się uśmiecha i zachwyca najdrobniejszymi szczegółami otoczenia. Zdecydowanie podoba mi się ta spontaniczność. I nagle przystaje. Cokolwiek zdumiony podążam za jej wzrokiem i uśmiecham się diabelsko. Zdecydowanie powinna przymierzyć tę sukienkę. Zaciągam ją do środka ignorując dzikie protesty i sam z czcią podaję materiał. Gromiąc mnie wzrokiem znika za kotarą. Czekam chwilę w napięciu wyobrażając sobie jak też będzie w tym wyglądała. Liz wychodzi.

Piękna...

To moja pierwsza myśl. Uważnie lustruję jej drobną postać nie chcąc, aby nie umknął mi ani jeden szczegół. Sukienka kończy się tuż za kolanami odsłaniając kształtne łydki i drobne stopy. Nieco wyżej czarny materiał dokładnie wpasował się w ciało Liz i... Hmm, co to jest za jej plecami? Przechylam nieco głowę by bliżej się przyjrzeć. O rany! Śliczny naszyjnik z przodu stanowił potężne wykończenie na tyłach sukienki. Drobne łańcuszki brylancików łagodnymi falami spływały w dół. Przełknąłem ciężko, ale zanim cokolwiek zdążyłem zrobić lub powiedzieć Liz znikła mi sprzed oczu.

Zdecydowanie Liz dostanie tę sukienkę, ale nie teraz. Nie dziś...

Z rozbawieniem przyglądam się rumieniącej się dziewczynie i daję się wypchnąć ze sklepu. Nie mija minuta, gdy pośród gąszczu sklepów wychwytuje coś, co mnie interesuje. Natychmiast wchodzę do środka i nie marudząc za długo wybieram czarne bojówki i dwie bluzy. Sekundkę na przebranie i czas się pokazać Liz. Hmm... Zdecydowanie podoba mi się jak ta kobieta się rumieni.

- Kupuj i idziemy! – mruczy gniewnie Liz.


- No, co? Prawda, że te bojówki są ładne! – bronię się. – Będą pasowały na imprezę! – dodaję gwoli wyjaśnienia.

Nieco zdumiony podążam do kasy i po chwili znów jesteśmy na ulicy. Liz wyraźnie jest wściekła, a ja nie mam pojęcia, dlaczego. No przecież nic nie zrobiłem! Zupełnie już nie rozumiem tej kobiety. Pokręciłem głową i ponownie zająłem się obserwowaniem Liz. Lata w Maticore nauczyły mnie wnikliwej obserwacji. Kroczyła dumnie lekko kołysząc biodrami i raz po raz ukazując mi kawałek umięśnionego brzucha. Ciekawe, w co zamierza się ubrać na tą śmieszną imprezę i oby to nie było coś w stylu Ginny Grey, bo nie będę w stanie jej chronić przed innymi napalonymi nastolatkami, ani tym bardziej przed samym sobą.

- Oprowadzę cię do akademika – zaoferowałem ostrożnie.

- Dobrze – odpowiada Liz i uśmiecha się tajemniczo.

Nie lubię, kiedy kobiety uśmiechają się diabelsko, bo potem wychodzą z tego same problemy. Ale Liz wygląda ślicznie jak się tak uśmiecha, już uwielbiam jej uśmiech. Szybko odnajduję wóz i dwornie się kłaniając otwieram drzwi by mogła wsiąść, a po chwili sam ląduję za kierownicą. Nie odzywa się ani jednym słówkiem tylko uśmiecha, rozpraszając moją uwagę bardzo skutecznie. Jeszcze chwila i zatrzymam ten samochód i własnoręcznie scałuję ten uśmiech! Wystawiasz mnie dziś na bardzo ciężką próbę...

- Więc, w co się ubierzesz – pytam by jakoś rozładować napięcie kumulujące się we mnie.

- Zobaczysz! To będzie niespodzianka... Właściwie to się nawet przydasz – odpowiedziała patrząc mi w oczy. – Patrz na drogę – jej kuszące usta zadrgały w uśmiechu.

- Z tobą u boku to trudne – odbijam piłeczkę, ale niechętnie zwracam wzrok w stronę jezdni i cudem udaje mi się uniknąć stłuczki. – Jak jedziesz krowi ogonie! – wrzeszczę na opasłego starca w pikapie.

- Uspokój się! – syczy Liz.

- Nienawidzę takich! – zgrzytam zębami. – Jadą po ulicy jak gdyby byli sami...

- Pft! A kto wgapiał się we mnie zamiast patrzeć na drogę? – Liz zgromiła mnie wzrokiem.

- Ja – uśmiecham się. – Ale ten niewydarzony palant i tak mnie wkurzył.

- Więc zmieńmy temat, a ty oddychaj głęboko albo śpiewaj sobie mantrę...

Prychnąłem, a może raczej należałoby powiedzieć - roześmiałem się. Ja i man... Coś tam za kierownicą. Z przyjemnością wsłuchuję się w śmiech Liz. To miło, że się uśmiecha, bo ta mina sekutnicy, która u niej widziałem jak się spotkaliśmy, wcale mi się nie podobała. O tak, Liz jest piękną kobietą.

- Ej! Stój! Pojechałeś za daleko!

Ocknąłem się i nieco zawstydzony wycofałem z powrotem w stronę akademika. Wyskoczyłem z wozu zanim Liz cokolwiek zdążyła zrobić i znów otworzyłem jej drzwi. Poczym dumny i blady podążyłem do wnętrza budynku tuż obok małej furiatki. Zaskakująco szybko pokonaliśmy chyba ze cztery kondygnacje schodów i wreszcie nareszcie dotarliśmy do upragnionego celu. Ale drugiej brunetki siedzącej pod drzwiami pokoju to ja nie przewidziałem.

- Co się stało Marthy? – pyta Liz.

- Nic! Zgubiłam te cholerne klucze! – mówi gniewnie.

- Chodź, ja mam klucze... Wejdziemy i wszystko mi opowiesz – proponuje Liz.

Hello, ja też tu jestem. Też potrzebuję twojego pocieszenia, Liz! Bezczelnie wchodzę do pokoju i rozsiadam się na pierwszym lepszym łóżku. Cokolwiek zdumiona Marthy rzuca się na drugie i przygląda mi się chwilę. Albo mi się zdaje, albo tę kobietę widziałem już znacznie wcześniej niż dzisiaj... Brunetki mnie prześladują!

- Wiem gdzie cię widziałam blondasku – uśmiecha się zwycięsko.

- Widziałaś mnie – unoszę brew zdumiony. Liz trzaska drzwiami łazienki, a po chwili daje się słyszeć szum wody. Och... Tego już za wiele! Przez głowę przepływa mi, co najmniej tysiąc myśli, co mógłbym robić z Liz pod prysznicem

- Tak. Byłeś na dyskotece, u Toma i przykleiłeś się do Liz na parkiecie.

- Naprawdę? – to nie sen! To się działo naprawdę – Dobrze wiedzieć – uśmiecham się diabelsko. – A co taka smutna jesteś?

- Ech szkoda gadać! Liz pośpiesz się do cholery.

Drzwi do łazienki otwierają się i wychodzi Liz. Ma na sobie czarne bojówki, które wyglądają jakby zaraz miały się zsunąć z tych kuszących bioderek i czerwoną bluzeczkę na cieniutkich ramiączkach. Mogę cię już zacząć chrupać? Powoli przebiegam wzrokiem po całej jej drobnej postaci z uznaniem uśmiechając się. Myśl, że dziś będę trzymał Liz w ramionach krzepi moje nieco nadwerężone ciało. Zdecydowanie tego mi potrzeba.

- Czas leci zdecydowanie za szybko – mruczy gniewnie spoglądając za okno gdzie już panuje półmrok.

To już tak szybko mija ten czas? To wprost nie możliwe... Spoglądam na zegarek stwierdzając, że jest już tak późno. Warto by było się przebrać. Hm... Jednak nie obejdzie się bez opuszczenia na pół godzinki Liz. A wcale mi się to nie podoba. Wcale.

- Wracam za pół godziny. Ani mi się waż stąd ruszać. – mówię i wychodzę.

- Zwariował. – słyszę jeszcze za sobą głos Liz.

O tak, moja droga. Zwariowałem, ale na twoim punkcie. Szybko wskakuję do samochodu i ekspresem przemieszczam się w stronę hotel. Szybki prysznic, krótka decyzja, co na siebie włożyć i mogę wracać do Maleństwa. To będzie zdecydowanie przyjemna noc. Akademik osiągam zaskakująco szybko i znów uprzejmie pukam do drzwi. Drzwi otwiera Liz. Na Blue Lady!

- Jesteś piękna – mamroczę. A co! Komplementów dla pięknej kobiety nigdy dość!

- Nie ma karmelków... – Marthy wybija mnie z kontemplacji jednocześnie sprawiając, że chce mi się śmiać.

- W lodówce jest mleko skondensowane słodkie, gotuj trzy godziny. Ciasteczka są na kuchni trzecia szuflada od środka na samym dole w rogu – instruuje Liz. – Alec idziemy.

Wypycha mnie z pokoju i siłą wyciąga z akademika. No cóż czas na przedstawienie u Grey. Na samą myśl dostaje szczękościsku i wcale nie widzi mi się wejść do paszczy lwa. W zasadzie to nawet nie wiem gdzie w ogóle mam jechać tak w ogóle...

- A gdzie ona tą „imprezę” urządza?

- W swoim domu oczywiście. To jest dwie przecznice stąd.

Ginny Grey strzeż się, bo nadchodzę! I niech cię ręka boska broni przed gadulstwem. Zatrzymuje się przed ogromnym białym budynkiem i wprowadzam nieco zdenerwowaną Liz do środka.

Zabawę czas zacząć!


CDN.



Rozdział – 9



Droga z akademika do domu Grey minęła jak sen, którego wcale nie pamiętam. Zielonooki diabeł nie odstępował mnie ani na sekundę i muszę przyznać, że bardzo mi się to podobało. Starałam się za wszelką cenę ignorować słodki dreszcz, który przepływał po kręgosłupie za każdym razem, gdy Alec brał mnie za rękę lub obejmował władczo. Weszliśmy oboje do jasnego i przestronnego holu... oczywiście wypełnionego landrynkami i jakimiś elegancikami rozmawiającymi cichutko. Uniosłam brew nieco zdumiona, bo raczej nie tego się spodziewałam. Jeśli impreza to raczej muza na cały regulator i dzikie tańce! A tutaj widzę drętwy bankiecik.

Litości!

Spojrzałam na Aleca, który przemknął wzrokiem po wszystkich i westchnął ciężko, co było zastanawiające. W następnej chwili zostałam pociągnięta w stronę baru. No tak tego powinnam była się spodziewać i nie powinno mnie to zdziwić. A jednak! Kto to widział, żeby zaraz się zabierać za picie? Hm...?

W zasadzie to ja sama.

Piję czasem jakbym oszalała.

Ale to się wytnie.

Uśmiechnęłam się leciutko i pokręciłam głową rozsiadając się na nadzwyczaj wygodnym stołku tuż przy barze. Przez chwilkę obserwowałam jak Alec wymienia grzeczności ze swoim dawnym kumplem, który chyba przypadkowo się tutaj zjawił, a po chwili pośród drętwych panienek wypatrzyłam didżeja, który znudzony popijał jakiś trunek. Już miałam wstać, gdy nagle koło nas pojawiła się jakaś blondyna.

- Alec?! A miało cię tutaj nie być? Co u ciebie? – witała się żywiołowo wyciskając mu zakazanego całusa na policzku.

Wcale tego nie widziałam!

- Mmm... A ty z Zackiem, co tutaj robicie? U Grey! – Alec zupełnie mnie ignorując uścisną ją krótko.

- Wyśledziliśmy Cody’ego i chcieliśmy go odwiedzić, a po drodze napatoczyła się ona - odparła dziewczyna.

I choć blondyna za bardzo się kleiła do Aleca to jakimś sposobem zdobyła moją sympatię. Nareszcie zostałam zauważona. Blond aniołek uniósł brwi, po czym przeniósł wzrok na Aleca, potem na mnie, jak gdyby miała sprężynę zamiast szyi, a potem uśmiechnęła się.

-Jestem Asha, a ty?

-Liz.

-Dawno nie widziałam Aleca w towarzystwie kobiety – mrugnęła do mnie – ale to dobrze, bo zdecydowanie potrzeba mu kogoś, kto wreszcie trochę go zmiękczy – błysnęła ząbkami.

-Hm – nie przyszła mi na myśl żadna konstruktywna odpowiedź, zwłaszcza, że Alec właśnie spojrzał mi w oczy.

Na długą sekundę zapomniałam o bożym świecie wpatrując się jego roześmiane oczy, w których lśniła duma. Ale zanim cokolwiek zdążyłam zrobić, ktoś brutalnie pociągnął mnie na parkiet. Nieco zdezorientowana zarejestrowałam, że stoję przy didżeju, a Asha już wybiera płytę. Oby to było coś porządnego, bo chały nie zniosę. Ledwie sekundkę później szalone dźwięki muzyki zaprosiły mnie do tańca. Skorzystałam z zaproszenia natychmiast i już po chwili szalałyśmy obie z Ashą świetnie sobie poczynając na parkiecie. Zupełnie zignorowałam zdegustowane spojrzenia panienek i zachwycone panów. Zachwycona ostrym brzmieniem dałam się porwać muzyce. Gwałtownie wirując przymknęłam oczy i uśmiechnęłam się sama do siebie. Zostawiłam świat tuż za drzwiami, bo w tej chwili panowała we mnie muzyka. Pozwoliłam jej krążyć w całej mnie, każdej komórce mojego ciała.

Obrót.

Zmysłowe, wyuczone kroki.

Ktoś mnie prowadzi.

Łagodny łuk ciał.

Natychmiast otwieram oczy i napotykam jego bezczelnie rozbawiony wzrok. W zaskoczeniu natychmiast łapię się jego koszulki mając wrażenie jak gdybym się wywracała! O-oł! Jejku! Niewiele brakowało, a upadła bym. Tak mi się przynajmniej wydawało.

- Trzymam cię – słyszę głos Aleca.

Aż za dobrze czuję ciepło przenikające przez cienki materiał bluzeczki gdyż trzyma on swoją dłoń na moich plecach. Rumienię się gwałtownie i stanowczo próbuję jakoś się odsunąć. Natychmiast też przyciska mnie jeszcze mocnej do siebie uśmiechając się jakoś tak dziwnie. Nie podoba mi się to, a zanim cokolwiek zdążam zrobić on obraca mnie w piruecie. Uh... Dobrze tańczy. Pierwszy chłopak, z którym naprawdę mogę potańczyć. Ah! Raz kozie śmierć!

- Wiem – odpowiadam i całkowicie się rozluźniam.

Jednakże słodki taniec nie trwa zbyt długo, bo nagle muzyka urywa się. A już tak miło było! Przez moją zamroczoną głowę przetacza się jakiś cichy pomruk i nagle wszyscy obecni kierują się w stronę... jadalni! Jak żyję czegoś takiego na imprezie jeszcze nie widziałam! Alec trzyma mnie za rękę zapewne po to abym się nie zgubiła. To miłe.

- Alec ty usiądziesz tutaj – głos Ginny sprowadza mnie gwałtownie na ziemię. – A ty, Liz, tam.

-Mylisz się Ginny. Liz usiądzie koło mnie.

Obserwuję zdumienie przeradzające się we wściekłość na twarzy rudej. Zdecydowanie nie kryję satysfakcji. Ginny jest cholernie wkurzająca z tą swoją natarczywością i zupełnie nie podoba mi się to, że tak rządzi ludźmi. To wpływa niekorzystnie na innych uczestników. Zostaję zdecydowanie usadzona na krześle, a zaraz obok mnie siada Alec. Rudzielec odmaszerowuje i zasiada u szczytu stołu. Chyba nie rozumiem, o co tej kobiecie w końcu chodzi, bo jest strasznie niezdecydowana. Wzruszam jedynie ramionami i zabieram się do jedzenia.

-Więc... Elizabeth. Kim jest twój ojciec? – słyszę głos Ginny.

- Właścicielem niewielkiego Crashdown w Roswell – odpowiadam i zanurzam widelec w sałatce.

- To co ty tutaj robisz? Czy nie powinnaś pomagać ojcu w „niewielkim” Crashdown? Przecież sam sobie nie da rady. A co robisz? Pracujesz przy zmywaniu?

- Nie. Jestem kelnerką – odpowiadam wciąż jeszcze panując nad sobą.

- Ach. Kelnerką... – trzy dziewczyny siedzące tuż przy Ginny chichoczą.

- Czy jest coś niestosownego w byciu kelnerką? – pytam nagle zaciekawiona.

- Hmm... Usługujesz ludziom. Spełniasz ich „wszystkie” zachcianki – bezczelna flądra mruga do mnie!

- Podaję jedzenie ściślej biorąc – odpowiadam chłodno. – P-r-a-c-u-j-ę jeśli nadal nie rozumiesz.

- Zupełnie nie rozumiem jako obsługiwanie ludzi można nazwać pracą. Jeśli byś miała stanowisko w firmie. Wysokie stanowisko. To rozumiem, ale posada kelnereczki to raczej nie jest zbyt ambitne – drąży Ginny.

- A pieniądze nie są ambitne? Dziecko drogie, czy ty myślisz, że ja tam haruję od rana do wieczora za friko? To powiem ci, że jeszcze nie znasz wartości pieniądza, z którymi to się tak obnosisz – uśmiecham się spokojnie.

- Słucham! Przyjechałaś tu wczoraj i już się panoszysz! Radzę ci wyjedź zanim coś pójdzie nie po twojej myśli, Elizabeth Parker!

- Albo brak ci mleczka, albo naprawdę jesteś tak pusta, na jaką wyglądasz. Milcz Ginny Grey, bo JA mogę sprawić, że nic „nigdy” nie pójdzie po twojej myśli.

Obracam się gwałtownie w stronę skąd dochodzi kpina. Unoszę w zdumieniu brwi widząc drobną uśmiechniętą od ucha do ucha blondyneczkę opierającą się o framugę drzwi.

- Hotaru?!

CDN
Image

User avatar
Athaya
Zainteresowany
Posts: 298
Joined: Sun Jun 20, 2004 2:14 pm
Location: Kalisz

Post by Athaya » Wed Sep 13, 2006 10:56 pm

Rozdział – 10



Z ciekawością przyglądam się ślicznej blondynce i dymiącej Grey zastanawiając się jednocześnie skąd Alec wiedział jak ta dziewczyna ma na imię. Zapewne kolejna lepiąca się laska, która jednak nie trawi rudej. Hmm... Może poczekam na dalszy rozwój wydarzeń to się w końcu dowiem. Bardzo spokojnie upiłam łyk czegoś, co miało posmak piwa poczym ponownie zainteresowałam się blondyneczką.

Zainteresowałam? Ugh! Rozejrzałam się dookoła lustrując uważnie całe to towarzystwo i na koniec zmierzyłam od stóp do głów Aleca. I nagle z niewiadomej przyczyny powstało w mojej pomylonej główce pytanie. Co ty tu robisz Liz? Po diabła przyszłam do tego domu i jeszcze jestem zazdrosna o tego plemnika! Pokręciłam głową nad swoją cholerną głupotą i nic nie mówiąc skierowałam się do wyjścia. Ignorując wszystko i wszystkich po prostu ruszyłam przed siebie byle szybciej znaleźć się w pokoju i zapomnieć.

Przecież nie po to przyjechałam do Vermont by wdzięczyć się do kolejnego faceta i znów przeżywać problem aka zdrada. Grr... Słyszę czyjeś wołanie za sobą, ale staram się je ignorować inaczej wszystko wróci, a ja jestem już zmęczona tym. Już nie chcę. Obejmuję ramiona czując wewnętrzne zimno jak gdyby ktoś na zawsze odszedł, a w środku mnie pozostała jedynie pustka.

Pustka, która boli.

Pierwszy kontakt był taki prosty i lekki, ale dalszy rozwój wydarzeń zbyt mocno nadwerężył moje dopiero, co odzyskane siły. Mrugam kilkakrotnie chcąc odpędzić zdradliwe łzy jednak to silniejsze ode mnie gdyż po chwili czuję na policzku zimną mokrość. Przyspieszam, gdy wołanie rozlega się po raz drugi, gdy z oddali dochodzi tupot czyichś nóg. Chcę uciec, ale moje nogi nadal są spokojne, chce wrzeszczeć, lecz z gardła nie wydobywa się żaden dźwięk, chcę zatrzymać łzy, ale one na złość płyną coraz szybciej i szybciej, a serce...

Serce zamiast zwolnić swego biegu, przyspiesza wyrywając się w stronę zielonookiego diabła, który mnie opętał i uwięził. Spętał okrutnymi więzami uczucia, którego za wszelką cenę nie chciałam. Strzępy rozerwanej duszy stały się zlepkiem, pożądania, tyciej, tyciusieńkiej iskierki nadziei i całego morza goryczy o imieniu Max., Co zrobiłam nie tak? Czy może raczej pozwoliłam, żeby coś było nie tak? Mam ochotę zatrzymać się i odwrócić czas do tamtej chwili i odmienić wszystko. Odmienić swoje życie i nigdy nie poznać uczucia o nazwie miłość. To za bardzo boli, gdy istota czująca traci drugą część siebie.

Silne dłonie gwałtownie i stanowczo wstrzymują mnie w miejscu. Ostatkami sił próbuję się wyrwać, lecz on jest silniejszy. Jego głos dociera do jakby zza grubej ściany jak gdyby ktoś postawił między nami ceglany mór. To ja. Ja uciekłam i otoczyłam się wszelkimi barierami, jakie tylko mogłam wytworzyć, a nie są dość mocne. Albo ja nie jestem dość silna by odeprzeć ten atak.

- Liz...

Łagodny głos Aleca wbija się w mój mózg niczym sztylet. Zakrywam uszy by nie słyszeć, zaciskam powieki by nie widzieć i odsuwam się jak najdalej by nie czuć jego ciepła. Nie! Zagłuszam głos rozsądku, który wręcz nalega by odpowiedzieć na wezwanie Aleca.

Boję się.

Delikatnie przytula mnie do swojego ciepłego i silnego ciała. Odejmuje moje zaciśnięte dłonie od uszu i... Otwieram niepewnie oczy spoglądając w górę. Jest bardzo, bardzo poważny, a w jego wzroku czytam o bólu. Ból. Nieodłączna część jestestwa człowieka na ziemi. Ale dlaczego w jego oczach jest ból? Nie udaje mi się poznać odpowiedzi na to pytanie gdyż nagle Alec bierze mnie na ręce i niesie gdzieś. Wtulam twarz w zagłębienie jego szyi czując się dziwnie bezpieczna w jego ramionach. Ciche kroki uspokajają mnie wewnętrznie, ale tylko troszeczkę. Pewna część mnie tworzy irracjonalne obrazy w głowie. Nie! Nie chcę o tym myśleć! Pozwalam chwili trwać i nie zaśmiecać jej zdradliwymi i brudnymi myślami. Zostaję posadzona na siedzeniu pasażera w jego samochodzie.

Droga umykała szybko, a wiatr osuszył moje policzki. W mojej duszy szalały najprzeróżniejsze emocje zmagając i siłując się ze sobą. Żadnej jednak nie mogłam zinterpretować według swego uznania. Jechaliśmy w ciszy nocy nie odzywając się do siebie wcale. Przynajmniej ja milczałam, aby żadne zdradliwe słówko nie wydobyło się z ust. Ogarniało mnie przemożne przerażenie, co to by było za słowo.

Pozwoliłam trwać ciszy.

Alec zatrzymał samochód i spojrzał na mnie, a ja nieśmiało również na niego spojrzałam. Powolutku wysiadł, więc i ja zrobiłam to samo. Wyciągnął dłoń w moją stronę, a ja drżąc na całym ciele i w duszy ujęłam ją. Idąc za nim miałam nieodparte wrażenie, że ten świat zostawiamy za sobą i już nas nie obchodzi. Liczymy się tylko my i obecna chwila. Znów Alec otworzył drzwi do pokoju motelowego i on też je zamknął za nami.

Teraz byliśmy tylko my.

Alec odgarnął kosmyk włosów i założył mi za ucho jednocześnie przybliżając się bardzo szybko. Zbyt szybko. Stałam jak sparaliżowana na środku pokoju nagle zastanawiając się, co teraz. I chyba wyczytał tę niepewność w moich oczach gdyż uśmiechnął się leciutko. Raczej wyczułam ten gest niż widziałam gdyż w pokoju było ciemno w tym miejscu, w którym staliśmy my. Jedynie łóżko było oświetlone. Podeszłam tam i położyłam się zwijając ciało w kłębek. Alec położył się tuż koło mnie przedtem jednak okrywając oboje ciepłym kocem. Swoje twarze widzieliśmy doskonale i nagle nie wiedząc, czemu uśmiechnęłam się. Uczucie pustki wyparowało, choć dusza wciąż była związana tym ciężkim i grubym sznurem wbijając się coraz to głębiej i głębiej, ale ból był coraz mniejszy.

- Powiesz mi, co się stało – Głos Aleca zabrzmiał wśród ciszy jak wystrzał.

- Dusiłam się tam. Dusiła się moja dusza. – Odparłam.

-, Dlaczego?

- Bo nadal jest chora, a ja nie potrafię jej wyleczyć?

- Czy to, dlatego jesteś w Vermont?

- Tak.

- I dlatego uciekałaś przede mną?

- Tak.

Przytulił mnie. Po prostu przytulił. Powoli i niepewnie wyciągnęłam dłoń w jego stronę. Pozwolił mi dotknąć swojej twarzy pozwolił mi ją zbadać w ciemności nocy. Nie wyczułam napięcia więc odetchnęłam. Nieco przysunęłam się do niego i zamknęłam oczy czując ogromne zmęczenie.

CDN.



Rozdział – 11








Kiedy się obudziłam, wokół mnie nadal było ciemno, a Alec spał spokojnie tuż obok. Dziwnie jest patrzeć na tę uśpioną zbawiennym snem twarz i leżeć u jego boku, będąc całkowicie bezpieczną. Przesunęłam dłonią po jego policzku, czując leciutkie drapanie zarostu. Wspominałam każdy szczegół dzisiejszego wieczoru, mając nadzieję, że żadna informacja nie dotyczyła Maxa, gdyż z niewiadomych przyczyn nie chciałam, aby cokolwiek o nim wiedział. To mogłoby się źle skończyć dla nich obojga, a tego za nic w świece bym nie chciała. Wreszcie dopuściłam rozum do głosu, a ten wrzeszczał, „co ty robisz kobieto!”. Ale nie chciałam go słuchać. Pragnęłam jedynie nadal leżeć tutaj z Aleciem i nie myśleć o niczym innym. Bardzo mi pomógł, tuląc tam na ulicy moje ciało do swojego, gdy zrozumiałam, że nie pasuje do tamtych ludzi, gdy pojęłam, że zachowuję się jak totalna idiotka i wreszcie przyszedł moment strachu i obrzydzenia samą sobą i zawładnął mnie totalnie. Zachowywałam się jak Tess, która owijała sobie wokół paluszka Maxa i nie ważne dla niej było czy on jest zajęty czy też nie. Ot taki kaprys.

Nie cierpię kaprysów!

Myślałam, że w mojej głowie wszystko jest na swoim miejscu poukładane alfabetycznie i we właściwym momencie używane. Tak było póki nie poznałam Aleca. To on zburzył wszystko we mnie, domagając się uwagi i przyciągając niczym magnes. Przylgnęłam do niego szukając ochrony przed drapieżnymi mackami rozpaczy, które mnie dopadły... I wciąż nie chciały puścić, mimo iż wyrywałam się im ile sił.

- Nie śpisz?

Omal nie wyskoczyłam ze skóry, słysząc jego głos tuż obok mojego ucha. Zaraz potem poczułam na policzku jego delikatne usta, które niebezpiecznie wędrowały w dół wywołując przyjemne dreszcze na całym ciele. Jego dłonie objęły moje ciało przyciągając do siebie, więc mimo swej woli napięłam się, czując leciutki strach. Wprost boje się dopuścić myśli o tym... I nagle ni z tego i owego słyszę jego gardłowy śmiech. Zdumiona zaglądam w jego roześmiane oczy, w których czai się jeszcze ta iskierka. Zdaje się, że teraz powinnam uciec zanim przestanę odpowiadać za własne czyny...

- Sądzę, że powinniśmy wstać – proponuje niepewnie.

- Też tak sądzę – odpowiada

Z trudem wydostaję się z łóżka i z jego ciepłych ramion, wśród ciemności odszukuję łazienkę. Z ulgą przemywam twarz pozbywając się resztek snu. Kiedy zawracam, na swojej drodze napotykam Aleca, który bez ostrzeżenia całuje mnie. Jego miękkie wargi z początku leciutko drażniące, sekundę później wpijają się głodne w moje usta, na co z ochotą odpowiadam. Uśmiecha się, pogłębiając pocałunek... zapraszając do tańca... nęcąc tą wspaniałą pieszczotą. Przysięgam, że jeszcze chwila, a nie wyjdę z tego pokoju! Odsuwam się więc i łagodnie uśmiecham.

Alec rozumie.

- Powinniśmy wracać – przełykam ciężko

- Powinniśmy – nadal nie wypuszcza mnie ze swych objęć.

- Wychodzimy.

Niemal siłą wyciągam go z pokoju, by w następnej sekundzie znów zostać przypartą do muru. Poczuć jego usta znaczące wilgotny szlaczek na mojej szyi. Przez jedną długą sekundę daję się ponieść tej przyjemności, ale my naprawdę musimy już wracać! Wyrywam się z jego objęć, które kuszą by zgrzeszyć i wreszcie docieram do jego samochodu. Widzę jak niechętnie odpala silnik i odjeżdżamy. Zdaję sobie sprawę, że wolałby nie wychodzić z pokoju, nie wypuścić mnie z ramion, ale ja nie czuje się jeszcze na to gotowa... Rumienię się na sama myśl, przyciągając tym samym uwagę Aleca. Błagam nie patrz na mnie w ten sposób. Nie wystawiaj mojej cierpliwości na próbę! Uśmiecham się nieśmiało i odwracam głowę, by popatrzeć na umykającą za oknem ciemność. Zdecydowanie powinnam przestać myśleć o takich rzeczach w jego obecności.

Alec ma niebezpieczny uśmieszek na twarzy, kiedy wracamy do akademika, a przecież całowaliśmy się jedynie! Totalnie nie rozumiem toku myślenia facetów, ale jedno muszę mu przyznać, ten obok nieźle całuje. Wtem z niewyjaśnionych przyczyn mam dziwne uczucie, że ktoś nam się przygląda. Nieco zdezorientowana oglądam się na wszystkie strony, lecz nikogo nie widać. Wzruszam jedynie ramionami, śmiejąc się sama z siebie. Chyba popadam w paranoję. Akademik osiągamy bardzo szybko. Jak można było się spodziewać gdzieś trwała impreza - dźwięki gitary były słyszalne aż tutaj. Wchodzę do środka, a Alec podąża tuż za mną nie puszczając mojej dłoni, najpierw kieruję się do kuchni, bo oczywiście wydarzenia ostatnich kilku godzin zaostrzyły mój apetyt. Muzyka urwała się ni stąd ni zowąd, a my weszliśmy do kuchni...

Scenka, którą przyszło mi zastać bardzo, ale to bardzo mnie zdumiała, bo nigdy bym o to nie posądziła o to Marthy. Całowała się. Ale to nie był Martin... Mimo powagi sytuacji rozbawiła mnie ta łyżka z karmelem w jednej, a w drugiej nadgryzione ciasteczko czekoladowe. Uśmiechnęłam się.

- Marthy?

- Cody?

Tuż koło ucha słyszę zdumiony głos Aleca, więc spoglądam to na niego to na chłopaka, od którego Marthy natychmiast odskoczyła jak oparzona. Omal się nie roześmiałam z jej komicznej minki niewiniątka zdumionego naszym nieoczekiwanym pojawieniem się. Dziewczyna natychmiast odsunęła się daleko, daleko od blondwłosego chłopaczka, mrucząc coś wściekle, a czego rozpoznać mi się nie udaje. Uśmiecham się do niej na znak, że wcale mnie to nie zdumiało. Niepewna Marthy nagle zauważa, że jest ze mną Alec trzymający mnie za rękę. Unosi brwi z zdumieniu, ale kiwam głową by nie odzywała się. Nie teraz. Będziemy miały później bardzo dużo czasu na wyjaśnienia i nagle czuję, że zrobiłam się czerwona jak piwonia. Tego mi tylko brakowało!

Tymczasem Alec odchodzi ze swoim kolegą na bok i beszta go zbyt ostro jak na mój gust, ale to Marthy interweniuje i broni tego... Choroba jak on miał na imię? Cole, Con, Cody! Tak Marthy broni nieco zdumionego Cody’ego przed Aleciem. Biorę ciasteczko z karmelem, które kusiło mnie od chwili, gdy weszłam do kuchni podchodzę do Aleca.

- No już. Spokój panowie! – mówię ostro – Cody zabierz ze sobą Aleca, a ty – zaciskam pięść zagarniając materiał jego koszulki i przybliżam o milimetry od mojej twarzy – Tknij go choćby jednym paluszkiem to pożałujesz, że się urodziłeś – kiwa głową na znak, że rozumie. – No. Dobranoc – mówię i puszczam go.

Obydwaj natychmiast wychodzą z kuchni i znikają z pola widzenia. Tymczasem Marthy bierze mnie za rękę i ciągnie do pokoju, więc nie opieram się. Cóż siła wyższa. Docieramy tam z zastanawiającą szybkością, po czym Marthy sadza mnie na łóżku.

- No opowiadaj! Jak to się stało, że ty i Alec trzymaliście się za rączki?! Znacie się zaledwie parę godzin

- To dlaczego ja mam wrażenie, że całą wieczność – wzdycham – No cóż weszłam do domu Grey i zastałam drętwy bankiecik w stylu bardzo nadzianych staruszków. Byliśmy tam może z godzinę? Nie wiem. Niemniej byli tam znajomi Aleca, chyba w jego wieku, nie wiem – wzruszam ramionami – I trochę szalałam na parkiecie z Ashą, dziewczyną jego kolegi. Potem Alec wziął mnie w obroty – zamykam oczy chcąc sobie przypomnieć to jeszcze raz – Tańczyliśmy zaledwie chwilkę, bo ruda małpa zaprosiła nas do stołu...

- Jaja sobie robisz?! Do stołu? Do takiego, na, którym są talerze, sztućce i wszyscy grzecznie czekają, aż im się poda jedzenie pod nos!

- Dokładnie - potwierdzam skwapliwie – W tym chciała usadzić Aleca obok siebie, ale ten stanowczo zaprotestował. A w trakcie jedzenia ta cholera obrażała mojego ojca i wyśmiewała to, że kiedyś byłam kelnerką – mimo woli zaciskam pięści

- Bo zamiast mózgu ma pustą czaszkę – mruczy gniewnie Marthy – No, a potem?

- Uh... Potem miałam lekki atak paniki i tak dalej, ale Alec cały czas był przy mnie – uśmiecham się – Zawiózł mnie do swojego pokoju hotelowego i natychmiast utulił do snu – westchnęłam na samo wspomnienie

- I wy nic...? – jej oczy stały się wielkie jak spodki – On jest gejem. Powiedz, że tak, bo nie uwierzę, że ten chodzący grzech nie schrupał cię natychmiast!

- Po prostu położyliśmy się spać – wolałam uniknąć tematu rozpoczętego przez Marthy - Jakąś godzinę później się obudziłam. A potem... Alec mnie pocałował – uśmiechnęłam się głupio na samo wspomnienie. – Uwielbiam jego usta! – westchnęłam.

- Fakt – Marthy przewróciła oczami – Rzeczywiście są fajne, ale nie mogę zrozumieć jak ci się udało utrzymać go z dala od siebie!

- Po prostu zrozumiał.

- Oh...

I nagle pośród tego wszystkiego przypomniałam sobie jeszcze o tym dziwnie niepokojącym uczuciu, że ktoś nas wtedy obserwował, ale nikogo nie było. Albo ja nikogo nie widziałam. Wzdrygnęłam się nieprzyjemnie, ale nic nie powiedziałam Marthy, nie chcą jej martwic takimi bzdetami. Na pewno mi się przywidziało, albo popadam w totalną paranoję. Zostawiłam Marthy i poszłam się umyć, zupełnie nie reagując na jej kolejne prośby bym opowiedziała coś więcej o Alecu. Pozostałam niewzruszona. I nagle przypomniałam sobie, że przecież nie posprzątałyśmy po ciasteczkach wykonaniu Marthy! Jak to dozorca zobaczy to zmyje mi głowę i nici z pyszności. Szybko ubrałam piżamę i natychmiast wypadłam z łazienki.

- Nie posprzątałaś po ciasteczkach! – mruknęłam

- Cholera! – Marthy ogarnęło lekkie przerażenie – Chodź!

Wzięłyśmy się za ręce i zbiegłyśmy na sam dół, ledwo powstrzymując śmiech. Raz o mało, co, a wybiła bym sobie zęby o poręcz, ale w ostatniej chwili wyciągnęłam rękę. Niemniej wreszcie znalazłyśmy się w kuchni i obie stanęłyśmy jak wryte. Ja spojrzałam na Marthy, a ona na mnie. O ile to możliwe, kuchnia zdawała się być jeszcze bardziej brudna niż gdyby Marthy tam urzędowała. A w środku tego wszystkiego dwoje idiotów całych w mące okładało się pięściami aż miło. Natychmiast podbiegłam i omal nie dostałam pięścią w twarz. Uh... Z trudem rozdzieliłyśmy z Marthy dwóch awanturujących się mężczyzn i odsunęłyśmy daleko od siebie. Ledwie udało mi się utrzymać roześmianego Aleca w ryzach, ciągle chciało mu się bić z... Codym!

- Czy któryś łaskawie wyjaśni mi, co się tutaj dzieje! – wrzasnęłam

- N-nic Liiiz – nie wiem, dlaczego, ale Alec miał trudności z poprawnym mówieniem, a alkoholem biło od niego na kilometr! Niech to diabli.

- Zabieramy ich do siebie. Nikt nie może się o tym dowiedzieć – mruknęła Marthy

Tak też zrobiłyśmy, choć było to piekielnie trudne, biorąc pod uwagę fakt, że obaj idioci byli pijani w sztok. Jak szalona zastanawiałam się, co mogło być powodem ich bójki, ale nic konkretnego nie przychodziło mi do głowy. Modliłam się tylko by nikt nas nie usłyszał... To już byłaby totalna klęska. Na szczęście żadne drzwi się nie otworzyły, więc odetchnęłam z ogromną ulgą. Położyłyśmy ich na moim łóżku i obaj natychmiast zasnęli przytulając się do siebie. Marthy wybuchneła niekontrolowanym śmiechem. Ja myślałam jedynie o tym, a by zatrzeć za nimi ślady, które pozostawili na całej klatce schodowej i w kuchni. Siłą wyciągnęłam Marthy z pokoju i natychmiast wysprzątałyśmy wszystko na tyle na ile się dało. Rano się będziemy tłumaczyć. Teraz ja naprawdę już nie mam siły.

- Wiesz może, o co im chodziło? – spytałam Marthy

- Nie mam zielonego pojęcia – wzruszyła ramionami

Kiedy wreszcie wszystko było w miarę czyste, zawróciłyśmy do pokoju, w którym spały dwa duchy. Jak dzieci – Pokręciłam głową – Marthy szybko się umyła i obie położyłyśmy się do jej łóżka. Tylko, że z jakiegoś powodu trudno było nam zmrużyć oczy choćby na chwilkę. Z tego, co się zorientowałam było już grubo po drugiej w nocy, jęknęłam w duchu na myśl, że przed nami jeszcze tyle czasu.

- Za jakie grzechy – mruczała Marthy – Jak tylko będzie ranek to osobiście im dokopię w te piękne tyłeczki – ziewnęła i zamknęła oczy.

- A ja bardzo chętnie ci w tym pomogę - jakoś tak nie miałam siły na mówienie.

Zamknęłam oczy i pozwoliłam się objąć zbawczemu snu. A doskonale wiedziałam, o czym na pewno tej nocy będę śnić. Słodko śnić.

CDN
Image

Post Reply

Who is online

Users browsing this forum: No registered users and 1 guest