T:Those left behind [by DocPaul] Roz. 4

Piszesz? Malujesz? Projektujesz statki kosmiczne? Tutaj możesz się podzielić swoimi doświadczeniami.

Moderators: Olka, Hypatia, Hotaru, Hotori

User avatar
Cicha
Nowicjusz
Posts: 125
Joined: Sun Jun 20, 2004 10:17 pm

Część II, Rozdział 2

Post by Cicha » Fri Nov 11, 2005 10:54 pm

Hotori, Maleństwo - dzięki za komentarze.

Ostatnio nawalam nie tylko, jeśli chodzi o komentowanie, ale także tłumaczenie. :roll: Ale postanowiłam sobie, że w ten weekend porządnie się za siebie wezmę i trochę nadrobię. A zaczynam od tego...

Rozdział 2

Michael otworzył drzwi do pokoju i wszedł bez pukania. Minęła chwila, zanim którekolwiek z nich zauważyło, że tam stał. Nic nie powiedzieli. Nie było go przez zaledwie dwa tygodnie, ale mieli wrażenie, jakby minęło więcej czasu – może dlatego, że nie wiedzieli, czy kiedykolwiek wróci.

"Michael!" Isabel podniosła się i przytuliła go. Objął ją bez entuzjazmu. On…ona, oni…oni najbardziej przyczynili się do powstania koszmaru, o którym dowiedział się kilka dni temu. Przytulanie Isabel było…złe – właściwie to przyprawiało go o dreszcze. Nie jej wina, w sumie to nie. Ale była, ta automatyczna reakcja.

Max stał z boku, przyglądając się. Chciał i potrzebował uściskać Michaela od chwili, w której 'zaginął', ale bał się jak zostanie to odebrane. To przez ich kłótnię Guerin bezzwłocznie wyjechał. Co powinien powiedzieć? Jak się zachować? Jeśli będzie szczęśliwy i spokojny, Michael wygra sprzeczkę. Martwili się, podczas gdy on próbował im udowodnić, że kolejna z jego mitycznych myśli jest prawdziwa. Jeśli jednak będzie twardy i wredny Michael może znowu się odwrócić i odejść.

Max stał nad przepaścią, wahając się nad zrobieniem jakiegokolwiek kroku, bojąc się, że podejmnie niewłaściwą decyzję. Przeklęty Michael Guerin! Nie było nic gorszego od bycia królem, którego nikt nie popierał i którego zdanie, nikogo nie obchodziło.

"No wreszcie wróciłeś." Evans prawie się skrzywił słysząc lodowate i pełne potępienia brzmienie swojego głosu. Nie chciał, aby to tak zabrzmiało. Naprawdę nie chciał, ale tak po prostu wyszło. "Czekaliśmy i marnowaliśmy czas na przestrzeganie planu, którego, nawet nie byliśmy pewni, czy w ogóle pamiętasz lub stosujesz. Może poinformowanie nas o swoich planach zanim wyjechałeś, lub zaplanowanie przyszłego spotkania było zbytnią małostką, żeby to przemyśleć? Tobie ten pomysł jest najwyraźniej całkowicie obcy."

Zignorował wściekłe spojrzenie Kyla, gdy Michael spokojnie odwrócił wzrok. Po co znowu to zaczynać? Isabel wisiała na ramieniu cichego Michaela, wytrzeszczając na Maxa oczy w złości. Liz w milczeniu stanęła za Evansem, okazując mu lekkie wsparcie i jeszcze bardziej go tym denerwując. Mylił się. Postępował źle, a jego głos był nieuprzejmy i przepełniony osądem. Liz, akceptująca to bez żadnego pytania nie była osobą, którą spotkał po raz pierwszy i która broniła tego, co uważała za słuszne. Wiedziała, że nie miał racji, więc czemu mu o tym nie powiedziała?

"Jesteś taki jak zwykle, Max – chłopiec, który powinien być królem, co? Ciebie też miło widzieć." Michael zdjął dłoń Isabel ze swojego ramienia, a następnie podszedł do Kyla i delikatnie uderzył go ramię na powitanie. "Dobrze cię widzieć Kyle."

Max poczuł się skarcony przez jego zachowanie bardziej, niż przez jakiekolwiek słowa, które mogłyby wypłynąć z jego ust. Guerin traktował Kyla jak osobę, którą szanował i za którą tęsknił, całkowicie ignorując pozostałych. Isabel cofnęła się, czując jakby właśnie dostała w twarz.

Michael wsadził rękę do plecaka. "Twój ojciec ci to przesyła." Podał mu paczkę i list, który wiedział, że zawiera także pieniądze. "Kazał mi przekazać, że bardzo za tobą tęskni."

Kyle spojrzał na paczkę, a potem na kopertę. Jego tata! Michael się z nim widział! Zamykając oczy, zaczął żałować, że Guerin go ze sobą nie zabrał. Że nie pojechał z nim do Roswell, do domu...do taty. Jak bardzo chciałby to wszystko znowu zobaczyć – dopiero teraz zrozumiał jak bardzo tęsknił.

Valenti nie mógł się powstrzymać. Szybo uściskał Michaela z wdzięczności.

Max zmarszczył brwi. "Byłeś w Roswell?" Nie czekał na odpowiedź – była oczywista. "Oszalałeś? Mogli cię zgarnąć, albo śledzić! Możesz sobie wyobrazić, co by było gdyby nas złapali?"

Oczywiście, że mógł - Mógł znacznie więcej niż tylko to sobie wyobrazić. Wiedział. Miał powód, aby wiedzieć. Zerkając na Maxa, jego oczy stały się ciemniejsze, głębsze i zimniejsze niż sama śmierć – nic nie zdradzały. Evans czuł te oczy, wściekłość i złość, które trudno powstrzymać. Robiąc krok do tyłu, zrozumiał, że nie mógł uciekać się do wypominania mu jego bezmyślnych zachowań z przeszłości, gdy tracił kontrolę. Nie mógł zaatakować Michaela, uderzyć licząc, że on nie zareaguje.

Michael będzie walczył, a Max straci coś więcej niż tylko godność – tym razem Guerin złamie mu kark. Tłumiona agresja była tylko na wierzchu – tylko głupiec nie dostrzegłby, że wycofanie się nagle stało się lepszą częścią waleczności.

Michael nie odwrócił wzroku od Maxa. Sięgając do plecaka, podał Isabel paczkę z przywiązanymi do niej wstążką listami.

"Twoja mama prosiła, abym przypomniał ci, żebyś spała przy lekko uchylonym oknie w czasie późnej jesieni i zimy – łatwiej ci wtedy oddychać. Zawsze miałaś problem z suchym, ogrzanym przez piec powietrzem."

Dłonie Isabel trzęsły się nieubłaganie, gdy brała podarunek z rąk Michaela. Dom! Jej rodzice! Łzy napłynęły jej do oczu – dom był czymś, co ludzie przyjmowali za rzecz naturalną i którą doceniali dopiero, gdy opuścili jego bezpieczne ściany. Tęskniła za swoim życiem lub za tym, czym kiedyś mogło być. Drżąc, usiadła ciężko i wpatrywała się w prezent z domu.

"Michael…" Podniosła na niego wzrok, a po jej policzkach powoli spływały łzy. Słowa – jak podziękować komuś, kto ryzykując własne życie ofiarowuje ci cząstkę ciebie samego?

"Nie ma sprawy." Nie potrafił na nią spojrzeć. Nieprędko skończy płakać – to był dopiero początek. Miał do opowiedzenia długą historię, która nie będzie dla niej łatwa – dla któregokolwiek z nich. W tej chwili nienawidził siebie, nienawidził jej. Nienawidził ich wszystkich, ale zadanie im bólu na pewno nie sprawi mu przyjemności.

"Michael?" Liz złączyła dłonie. Bała się spytać…czy w tym plecaku znajdowało się coś dla niej?

Chłopak przytaknął. Liz uśmiechnęła się, a jej uśmiech zmieszał się z łzami. Wzięła to, co podał jej Michael i w podzięce nieśmiało pocałowała go w policzek.

"Twoja mama wysłała ci sweter, brudną, różową, pluszaną świnkę…"

"Horatia?" Zapytała szczęśliwa, przerywając Michaelowi.

"…twoje szczotki do włosów i książkę." Chłopak ciągnął dalej ignorując Maxa. "Twoi rodzice przesyłają prezent ślubny dla ciebie i Maxa."

Dziewczyna zerknęła na męża i uśmiechnęła się. Prezent ślubny! Wiedzieli! Michael musiał im powiedzieć. Spuściła wzrok na paczkę, którą trzymała w dłoniach i obróciła ją najpierw raz, potem drugi. Przegapili jej ślub. Wychowywali i dbali o nią całe jej życie i przegapili najważniejszy dzień, jaki mogli jej podarować. Oszukiwała ich swymi kłamstwami i milczeniem – poczucie winy ciążyło na jej barkach, a jej drobne ciało ledwo było w stanie

Szybko otworzyła paczkę i listy. Ciągle uśmiechając się zaczęła czytać…

Jako ostatni z plecaka wyjął prezent dla Maxa. Położył go na stole, upuścił plecak i wymijając Evansa wszedł do łazienki. Boże, ale cuchnął! Musiał naprawdę śmierdzieć, skoro jemu samemu to przeszkadzało.

Wszedł pod prysznic i ustawił wodę na tak gorącą, jaką był w stanie znieść. Stał pod strumieniem bębniącej wody z pochyloną głową. Dopiero po chwili drgania, które wstrząsały jego wnętrzem wypłynęły na wierzch. Michael oparł się o chłodne porcelanowe kafelki, a gorąca woda uderzała w jego ciało jak o skałę. Żadna ilość gorącej wody nie ogrzałaby jego ciała, więc stał trzęsąc się.

Trwał tak bez ruchu do momentu, w którym skończyła się ciepła woda. Owinięty samym ręcznikiem stanął przed zaparowanym lustrem, odbijającym jego rozmazaną postać, a innym ręcznikiem starał się wytrzeć parę.

Obcy mężczyzna o ponurej i surowej twarzy, z niechlujną bródką i martwych oczach wyglądał trochę znajomo. To był on, tyle, że starszy – wyniszczenie przez samotność, blizny pozostałe po życiu z Hankiem i odgrodzenie się od świata znajdowały się wprost przed jego oczyma. Czym by się stał, gdyby Maria nie zawitała w jego życiu? Przecierając twarz, sięgnął po maszynkę do golenia. Mając nadzieję, że była Maxa lub Kyla, a nie jedną z tych tępych, których używały dziewczyny, zaczął golić bokobrody. Musiał wyglądać czysto i przyzwoicie, gdy odnajdzie Marię.

Lustro było coraz bardziej zaparowane, więc znowu i znowu, wycierał je ręcznikiem – przez to stawał się coraz bardziej zmęczony i śpiący. Zupełnie jak wtedy, kiedy ktoś cię hipnotyzuje ciągle powtarzającym się kolistym ruchem dłoni.

Przebyj drogę. Odnajdź łączność, o której zapomniałeś. Odnajdź swoje serce – ono cię poprowadzi.

"Maria?"

Jej głos...brzmiał wyraźnie w jego głowie.

Przebyj drogę.

"Pomóż mi"

Pomóż sobie. Wykorzystaj czas.

Maria….! Michael zamknął oczy i stał bez ruchu przed lustrem.

CDN
"I have never had a love like this before, neither has he so..."

User avatar
Cicha
Nowicjusz
Posts: 125
Joined: Sun Jun 20, 2004 10:17 pm

Rozdział 3

Post by Cicha » Sat Dec 17, 2005 12:27 am

Rozdział 3

Wszyscy w milczeniu siedzieli w kątach, analizując słowa pochodzące z domu, od tych, których opuścili. Isabel szukała czegoś od Jessego, ale nic nie znalazła. Jej rodzice nawet o nim nie wspomnieli. Jesse?

Liz przeczytała list od rodziców dwa razy. Był krótki – gratulacje z powodu ślubu, kilka przypomnień, aby o siebie dbała i, że bardzo ją kochają. Odwracając kartkę liczyła na więcej. To było wszystko. Za mało. Jej rodzice milczeli. Dziewczyna wyjęła z pudełka z prezentami elegancką kopertę – leżała pomiędzy szczotkami, Horatiem i książką. Sweter nawet nie należał do niej – był jej mamy. Marszcząc brwi, przypomniała sobie, że pluszana świnka została spakowana do pudła lata temu. Szczotki tak samo. Używała ich jako mała dziewczynka. Książką była Biblia.

Otwierając elegancką kopertę liczyła na więcej. Prezent ślubny dla niej i Maxa – pieniądze. Jej ojciec musiał wysłać im kilkudniowy utarg – banknoty o różnych nominałach. Żadnego innego listu.

Ani słowem nie wspomnieli o Marii. Liz rozejrzała się dookoła szukając Michaela. Woda wciąż była włączona – siedział w łazience już długo. Jej rodzice…Maria… ostatnio była tak pochłonięta uciekaniem, byciem z Maxem i zdobyciem, tego, czego pragnęła od lat, że zapomniała pomyśleć o Marii i rodzicach. Dopiero myśl, że Michael się z nimi widział uświadomiła jej, że minęło pięć miesięcy. Dopiero teraz docierało do niej, że już nigdy ich nie zobaczy.

Isabel siedziała w swoim kącie i po raz czwarty czytała list, który dostała od taty i mamy. Wysłali jej kosmetyki i inne pierdółki. Żałowała, że nie spakowali jej ulubionego, różowego swetra, bo robiło się coraz chłodniej. Może jej mama nie mogła? Może Jesse wyjechał do Bostonu, zabierając ze sobą wszystkie jej rzeczy?
List był krótki, ale pełen miłości i słów, jak bardzo za nią tęsknią. Cieszyli się, że z tego, co mówił Michael, wszyscy mają się dobrze. Pieniądze były mile widziane. Isabel podejrzewała, że Maxowi wysłali to samo.

Paczka Maxa była mniejsza – koperta była zbyt wypchana, jak na list. W środku były wycinki gazet z ostatnich paru miesięcy. Chłopak nie rozumiał, czemu rodzice przesłali mu te artykuły. Dostał flanelową koszulę ojca i gotówkę. Jego matka przesłała drobną bransoletkę, która należała do jej mamy, w prezencie ślubnym dla Liz.

Nie mógł tego rozgryźć – doceniali listy, które w pewien sposób były zimne i zdystansowane. Rzeczy, które dostali pod żadnym względem nie były osobiste - oprócz prezentów Liz, ale nawet jej zostały przed laty odsunięte na bok. Artykuły nie były czymś, co powinien analizować i dokładnie badać – może jego ojciec dawał mu jakąś wskazówkę, ukrytą wiadomość?

Najlepszym rozwiązaniem, była rozmowa z Michaelem. Max spojrzał na zamknięte drzwi łazienki – Guerin siedział tam już prawie godzinę. Woda została zakręcona ponad dwadzieścia minut temu, ale Michael jeszcze nie wyszedł. Co zajmowało mu tyle czasu?

List Kyla był inny – Jim napisał więcej niż tylko jeden, wypełniając papier plotkami dotyczącymi znajomych, nowinkami ze świata sportu i łowienia. Kyle uśmiechnął się doceniając fakt, że pomimo wszystkich problemów jego ojciec ciągle starał się być częścią jego życia. Ostatni list był długi i poważny. Kyle przeczytał go, momentami podnosząc wzrok na pozostałych, a potem opuszczając głowę próbując ukryć twarz. Jim napisał, że Michael wszystko im wyjaśni, ale, że on, Kyle, nie może już nigdy wrócić do Roswell, czy chociaż do Nowego Meksyku. Nigdy.

Młody Valenti otrzymał flanelową koszulę ojca, dodatkowe pary skarpetek i opakowanie prezerwatyw. Kyle roześmiał się – Jim był naprawdę niesamowity. Na samym dnie pudełka znalazł paczkę krakersów, ser w foli i kawałek zapakowanego salami. Boże! Kocham cię tato! Schował jedzenie – postanowił je zostawić na następny mecz, który obejrzy. Będzie oglądał telewizję, jadł przekąski ubrany w koszulę taty i udawał, że jego ojciec jest razem z nim. Święto Dziękczynienia – Zrobi to w Święto Dziękczynienia.

~~~~

"Może powinniśmy zapukać?" Zapytała Liz obgryzając paznokieć i wpatrując się w drzwi łazienki. "Jak uważasz, Max?"

"Sam nie wiem, pewnie jest zmęczony. Powinniśmy mu pozwolić się zdrzemnąć i dopiero później zacząć zadawać pytania."

"Nie mogę czekać – chcę się dowiedzieć czegoś o Jessem. I gdzie jest Maria? Czy tym razem to ona nie zgodziła się jechać? Może wyjechała z Roswell i postanowiła jednak zrobić karierę?"

Kyle przyglądał im się w milczeniu. "Może Maria i Jesse wyjechali razem?"

Isabel odwróciła się w jego stronę. "Jak możesz mówić coś takiego!" Kyle był jej przyjacielem – co mu było, do cholery? "Jesse nie zrobiłby czegoś takiego! Przynajmniej dopóki jesteśmy małżeństwem." Zaczynał ją boleć brzuch i coś bzyczało jej w uszach – zanosiło się na ostry ból głowy. Już to czuła. "Jesse i Maria prawie się nie znali. Twoje sugestie są niedorzeczne."

Drzwi się otworzyły, a Michael wreszcie wyszedł. Był ogolony. Jego włosy były trochę wysuszone, a wokół pasa miał owinięty ręcznik. Ignorując pozostałych podszedł do sofy, która była dla niego za krótka, ale i tak się położył.

"Michael." Powiedział Max zerkając na resztę. Odwrócił się, ale Michael już spał. Nikt się nie ruszył – żadne z nich nigdy nie widziało, aby ktoś tak szybko zasnął. Musiał być wykończony. Kyle wziął koc i przykrył nim Guerina. Milczeli przez resztę nocy, obserwując jak spał.

Max wykorzystał ten czas i przeczytał artykuły. Każdy następny jeszcze bardziej go przygnębiał – były to opowieści o rozbitych rodzinach…uprowadzonych dzieciach. O zaginięciu hollywoodzkiego producenta filmowego imieniem Kal. O aferze w Nowym Jorku z dołączonym zdjęciem martwego mężczyzny bardzo podobnego do Michaela – Ratha. Ktokolwiek go ścigał nie był w stanie dorwać go żywego. O co do diabła chodziło?

Max przeciągnął palce przez włosy i dalej przyglądał się Michaelowi.

~~~~

"Dobra – wyjaśnił mi to jeszcze raz."

Michael spojrzał na nią spode łba, a potem westchnął. "Maria, to tylko hokej, a nie nauka ścisła – to nie jest takie trudne."

Dziewczyna zmrużyła oczy patrząc na telewizor. "Jakim cudem oni nadążają za tym maleństwem? To z całą pewnością potrafi latać po lodzie…!"

"Właśnie dlatego ta gra jest taka interesująca." Odpowiedział z dumą Guerin.

"Jasne." Zastanawiała się przez chwilę, a potem spojrzała na niego podejrzliwie. "A co myślisz o wyścigach samochodowych?"

"Takich jak te klasyczne lub Grand Prix?"

"Tak." Powiedziała, dodając pod nosem 'chyba'. Czym do cholery jest 'Grand Prix'?

"Cudo! Uwielbiam tą prędkość i mimo, że robi się tragicznie, kiedy się rozbiją, doświadczenie takiej prędkości musi być niesamowite."

"O Boże!" Powiedziała Maria dramatycznie.

"Co?"

"Michael – oni po prostu jeżdżą w kółka."

Chłopak zmarszczył się w zmieszaniu, a potem w poirytowaniu. "Dobra – skoro tak, to co uważasz za najlepszy sport?"

"Robienie zakupów."

Ona tylko na to czekała – Michael złapał ją i zaczęli szamotać się na kanapie. Maria śmiała się, próbując uciec przed ustami Guerina, które tkwiły przy jej szyi i robiły głośne malinki.

"Gdzie jesteś?"

Nie odpowiedziała, tylko mówiła dalej, jakby nie zadał żadnego pytania.

"Gdzie jesteś?"

"Tutaj. Jestem tutaj." Jej głos stawał się pusty. "Wciąż tu jestem"

Znikała…

"Maria!" Michael usiadł w ciemności.

W pokoju panowała cisza – pozostałym znudziło się czekanie, aż się obudzi i sami poszli spać. Klimatyzacja była ustawiona na najniższy poziom i mimo, że była jesień w pomieszczeniu było ciepło. Reno. Michael przetarł twarz.

Wciąż tu jestem.

"Tęsknię za tobą." Położył się i wbił wzrok w sufit. Musiał szybko zrobić, to, po co przyjechał. Nie mógł tracić czasu – miał do nadrobienia wiele kilometrów.

Ale gdzie zacząć? Jakim cudem samodzielnie udało jej się wyjechać z Roswell?

CDN
"I have never had a love like this before, neither has he so..."

Shizeta
Gość
Posts: 3
Joined: Wed Jan 25, 2006 10:55 pm

Post by Shizeta » Wed Feb 01, 2006 12:40 am

Jejcia, to też fajne. Skąd wy bierzecie takie ciekawe pomysły, jestem pełna podziwu dla autora :D Jak najszybciej proszę o następną część :) Powodzenia w dalszym pisaniu :*

User avatar
Tess
Pleciuga
Posts: 43
Joined: Wed Jan 19, 2005 12:01 am
Location: Antar ;-) Waiting For The Story To Finally End (MAD)
Contact:

Post by Tess » Wed Feb 08, 2006 3:17 pm

Shizeta ten fick Cicha tłumaczy :D :D A autorką jest DocPaul :D :P
Cicha super tłumaczysz ja czekam na kolejne części :P :P Aż się dziwie że nie ma lawiny komentarzy.... :roll: :roll:
Image
Image Image Image

Shizeta
Gość
Posts: 3
Joined: Wed Jan 25, 2006 10:55 pm

Post by Shizeta » Fri Feb 10, 2006 2:37 am

O kurcze, no masz racje, ale ze mnie gapa :) No więc powodzenia w tłumaczeniu :D My tu czekamy zniecierpliwością :) Niepoddawaj się :*

User avatar
Cicha
Nowicjusz
Posts: 125
Joined: Sun Jun 20, 2004 10:17 pm

Rozdział 4

Post by Cicha » Sat Mar 11, 2006 11:48 am

Dzięki za komentarze. Następny rozdział postaram się zamieścić za tydzień.

Rozdział 4

4 miesiące wcześniej…

"Masz wszystko?"

Przytaknęła nie podnosząc wzroku na pana Whitmana. Nie potrafiła. Wciąż była na krawędzi – w każdej chwili mogła zalać się łzami. Hormony. To przez nie była w rozsypce.

"Maria…" Mężczyzna nagle poszarzał. Nie chciał stracić także jej. Alex był jego synem i nic nie było go w stanie zastąpić. Przez ostatnie dwa dni on i Linda trzymali ją w ich bezpiecznym domu szykując ją do wyjazdu z Roswell. Zebrali ubrania i pieniądze, ponadto dawali jej samochód. Jak szybko będzie mogła, zabierze go do Topeki w Kansas do zakładu samochodowego. Ich przykrywką była wymiana śilnika na lepszy. Już złożyli zamówienie, a mechanicy czekali aż wóz zostanie dostarczony.

Dziewczyna spojrzała na nich, czując, że ostrożnie ją obserwują. Oboje mocno uściskała, trzymając mamę Alexa w ramionach trochę dłużej – dla Alexa i Amy. Przez dwie noce spała w pokoju Alexa i momentami miała wrażenie, jakby on ciągle tam był. Utrzymali go w stanie w jakim był przed jego śmiercią – czysty i odkurzony. Whitmanowie żyli z duchem swojego syna. Może wreszcie będą go w stanie puścić?

"Chciałam was prosić o coś jeszcze…" Maria z trudem przełknęła ślinę. Było jej ciężko. "Chciałabym wiedzieć, czy zostaniecie rodzicami chrzestnymi mojego dziecka. Zrozumiem, jeśli nie będziecie chcieli, ale po prostu zawsze myślałam, że poproszę Alexa i…"

"Tak." Odpowiedzieli bez zająknięcia w tej samej chwili. "Dasz nam znać, gdy nadejdzie odpowiedni czas. Masz adres?" Spytał pan Whitman.

Dziewczyna przytaknęła. Pan Whitman otworzył skrytkę pocztową na imię Alexa. Gdyby Maria czegoś potrzebowała lub chciała skontaktować się z innymi rodzicami wystarczyło, aby to tam wysłała, a Whitmanowie przekażą to pozostałym. Nie było szans, aby w ten sposób to oni nawiązali kontakt z Marią, więc powiedzieli, żeby zaglądała na ostatnią stronę ulubionego czasopisma Alexa, gdzie będą zamieszczali wiadomości dla "The Whits". Magazyn wychodził tylko raz w miesiącu, więc Maria będzie musiała sprawdzać tylko, co miesiąc.

Było późno, bo trzecia nad ranem. Nadszedł czas. Linda miała odwieźć dziewczynę do Las Cruses, a potem wysiąść i zostać u swojej siostry, podczas gdy Maria będzie jechała dalej. Obie kobiety stały przy samochodzie i oglądały się w tył patrząc na wysokiego, szczupłego mężczyznę. Pan Whitman uniósł dłoń w geście pożegnania. DeLuca skinęła głową i prędko wsiadła do samochodu, nie odwracając się w tył.

Roswell było przeszłością. Ten rozdział jej życia został zamknięty. Nie trzymało jej tu nic oprócz wspomnień – tak wiele było tych złych, że przesłoniły całe życie przepełnione dobrymi.

Do posiadłości Dupreech dojechała około dziewiątej rano. To właśnie tutaj jej podróż mogła dobiec końcu. Laurie Dupree. Liz pisała o niej i jej powiązaniu z Michaelem. Pytanie tylko, czy już ją złapali, dopiero tu zmierzali, czy może nawet czekali. Miała kilka możliwości, ale Laurie była kolejnym luźnym końcem – Maria nie mogła jej zostawić na pastwę losu.

"Mogę pani w czymś pomóc?" Głos dochodzący z domofonu był uprzejmy, ale zdystansowany.

Dziewczyna milczała. Co powiedzieć? Czy byli w środku i czekali, żeby ją złapać? Przez moment przerażenie rozdzarło jej ciało. Zamknęła oczy i wzięła głęboki wdech, aby się uspokoić. Nie bój się. Nie bój się. Bądź dzielna!

"Tak. Szukam Laurie Dupree"

"Czy panienka Dupree pani oczekuje?"

Maria roześmiała się urzekająco. "Nie – mam nadzieję, że nie. Byłam w okolicy i chciałam przekazać jej pewną wiadomość dotyczącą jej…brata, Michaela."

Głos po drugiej stronie zamilkł, a ciało dziewczyny pokrył pot. Już chciała zawrócić samochód, ale brama nagle się otworzyła. Wjechać czy się ulotnić? Walczyć czy uciec? Zacisnęła dłoń na kierownicy, zdjęła stopę z hamulca i zaczęła wolno jechać naprzód.

Przez frontowe drzwi wyszła młoda kobieta.

Laurie.

"Maria?" Jej głos przepełniały zaskoczenie i radość. "Maria!"

DeLuca ocknęła się w ciepłym uścisku. Odwzajemniła go i na chwilę zapomniała o wszystkim, oprócz ludzkiego kontaktu. Wkrótce potem powróciły wspomnienia jej i Michaela na drzewie, obserwujących posiadłość Dupreech.

"Musimy wejść do środka. Natychmiast."

Laurie odsunęła się. Widząc strach wypisany na twarzy Marii i zauważając jej bladość oraz wychudzenie, pokiwała głową i pociągnęła ją za sobą do domu.

"Jenny, możesz powiedzieć Carlowi, żeby przyszedł i zabrał samochód panienki DeLuci na tyły do garażu, a następnie wniósł jej bagaże do środka?"

"Oczywiście, panienko Laurie."

Gdy tylko służąca odeszła, Laurie złapała zimną dłoń Marii i zaprowadziła ją do gabinetu.

"Co z Michaelem? Coś mu się stało?"

DeLuca przytaknęła. Zbyt zmęczona, aby postawić kolejny krok, nie wiedziała, co dalej począć. Cała dotychczasowa wytrwałość odpłynęła z jej ciała i przez chwilę nie mogła mówić. Nie miała czasu. Nie miała czasu na bycie słabą. Histeria później, szybkość teraz.

"Mamy niewiele czasu. Muszę opowiedzieć ci historię - trudną historię, a potem musimy zdecydować, co zrobić. Dla ciebie i dla mnie."

Laurie mocniej ścisnęła jej dłoń. "Co się stało, Mariu?"

"Zabili moją mamę."

Oczy Dupree zaszły łzami, a ręce lekko się zatrzęsły. "Kosmici?"

"Nie, gorzej. FBI." Dziewczyna otarła mokre policzki, starając się odzyskać nad sobą kontrolę. "Łapią każdego, kto ma jakikolwiek związek z Michaelem i resztą. Każdego, kto mógł mieć z nimi jakiś kontakt."

Laurie zrobiła krok w tył. "Ja…szukają mnie." Powiedziała jakby to było oczywiste, a DeLuca była w stanie tylko przytaknąć.

"Tak. Będą chcieli wiedzieć, czemu jesteś taka wyjątkowa. Będą chcieli zbadać nieprawidłowość chromosomalną, która akurat ciebie uczyniła celem, a twojego dziadka dawcą DNA dla hybryd. Będą się nad tobą bestwić."

Podeszły do sofy i usiadły blisko siebie. "Ile mamy czasu?"

"Niewiele, jeśli nie wcale. Uciekłam, ale będą mnie szukać."

Laurie starała się zachować spokój. "Teraz jesteśmy bezpieczne, ale masz rację. Przyjadą, gdy będą w desperacji. Lepszy rydz, niż nic. Zjedzmy śniadanie i wszystko mi opowiesz." Spojrzała na Marię, a Maria dopiero w tej chwili dostrzegła kobietę, którą stawała się Laurie i która, tak bardzo przypominała jej Michaela. "I mam na myśli naprawdę wszystko".

CDN
"I have never had a love like this before, neither has he so..."

User avatar
Tess
Pleciuga
Posts: 43
Joined: Wed Jan 19, 2005 12:01 am
Location: Antar ;-) Waiting For The Story To Finally End (MAD)
Contact:

Post by Tess » Sun Apr 23, 2006 8:23 pm

Wspaniała część :D :D :D :D :D Aktualizuj prosze częściej, jeśli jest to możliwe to opowiadanie jest genialne :P :P :P
Image
Image Image Image

User avatar
Emila
Nowicjusz
Posts: 104
Joined: Sun Feb 13, 2005 8:54 pm
Location: Bydgoszcz

Post by Emila » Fri Apr 06, 2007 3:30 pm

Hmm.. Minąl prawie rok od ostatniej aktualizacji... Cicha, kiedy mogę liczyć na kolejną część?
"Now you're flirting with death
you think then the hurting will stop
But your life is so damn precious
and has only just begun"...

Post Reply

Who is online

Users browsing this forum: No registered users and 1 guest