T:Those left behind [by DocPaul] Roz. 4

Piszesz? Malujesz? Projektujesz statki kosmiczne? Tutaj możesz się podzielić swoimi doświadczeniami.

Moderators: Olka, Hotaru, Hotori, Hypatia

User avatar
Maleństwo
Starszy nowicjusz
Posts: 173
Joined: Mon Feb 28, 2005 8:22 pm
Location: Gdańsk

Post by Maleństwo » Thu Jul 28, 2005 11:22 pm

Cieszę się Cicha, że już wróciłaś i dałaś nową część. Mam nadzieję, że dobrze wypoczęłaś :wink:

A ta część...cóż można powiedzieć...pozostały mi po niej wielkie słone odczucia, gula w gardle i dreszcze przechodzące po plecach, czyli :cry: A co mnie zaskoczyło i to mile...to zwrot ku wierze, ku Bogu w tej tak ważnej, choć smutnej i ciężkiej dla człowieka chwili. Cóż mogę więcej powiedzeć...Mój Boże
Maleństwo

User avatar
LadyM
Gość
Posts: 57
Joined: Tue Nov 23, 2004 7:15 pm
Contact:

Post by LadyM » Fri Jul 29, 2005 11:38 am

Cicha, witamy z powrotem :D


No i co mam napisać o tej części
Stan stał za drzwiami pokoju, gdy oboje zamilkli. Mój Boże.
No właśnie. Piękne, wzruszające. Czyste i prawdziwe.
Ja…nigdy nie czułam się warta Michaela. Warta tego, że postanowił dla mnie zostać na Ziemi.
Nigdy o tym nie pomyślałam. Że Maria mogłaby się tak czuć. Chciała być lepsza dla niego. I to jest chyba prawdziwa miłość.

Dzięki, Cicha, czekam na następną część.

p.s.
W jaki sposób odmienia się imię 'Maria'. Mariu czy Mario?
Nie jestem całkiem pewna, ale chyba 'Mario', przynajmniej ja tak odmieniam.
The best kind of kiss is the one where you have to stop because you can't help but smile.

Hotori
Obserwator Słów
Posts: 1509
Joined: Sat Jul 26, 2003 4:11 pm
Location: Lublin

Post by Hotori » Sat Jul 30, 2005 9:02 pm

Bardzo piękna część, Cicha. Pozwala spojrzeć szerzej na wątek wali dobra i zła w tym opowiadniu.

Najpierw wstrząsnęła mną ta swoista, osobista spowiedz ze strony Jessego, a potem powóciłam do Marii i jej przemysleń o Michaelu . Cudowne.

Czekam na CDN...
'' It is easier to forgive an enemy than to forgive a friend''

William Blake

User avatar
Cicha
Nowicjusz
Posts: 125
Joined: Sun Jun 20, 2004 10:17 pm

Rozdział 15

Post by Cicha » Wed Aug 03, 2005 3:38 pm

Rozdział 15

Znaleźli pusty pokój ochroniarzy. Stróże nocni musieli być na obchodzie – brakowało personelu, bo inni agenci szukali kosmitów. Jim przysunął się do monitorów, sprawdzając każdą salę. Jesse. Znalazł Jessiego – spał skulony na podłodze. O Boże. Wyglądał…źle. Maria była pokazana na kolejnym ekranie. Ona także leżała zwinięta w kłębek na ziemi. Była mała, nawet bardzo. Dranie. Skrzywdzili kompletnie nieszkodliwą istotę.

Valenti znalazł nagrania korytarzy, jak i obu pokoi – biorąc taśmę z poprzedniego wieczoru, włożył ją do urządzenia i ustawił, aby była ciągle grana. Sprawa kamer załatwiona.

W trójkę wyszli z pomieszczenia i podążyli korytarzami, które były oznaczone kolorami - Maria i Jesse znajdowali się w sektorze niebieskim.

Skręcając w odpowiedni korytarz Valenti zobaczył strażnika pilnującego drzwi. Miał zamknięte oczy – wyglądał jakby spał. Chwilę zajęło mu zrozumienie, że mężczyzna się modlił.

Chwytając swój służbowy pistolet, Jim uderzył nim mężczyznę w tył głowy. Kiedy upadł na podłogę, Valenti nachylił się i sprawdził jego tętno. Żył – to dobrze.

Philip i Jeff szybko do niego dołączyli. „Czy on…?” Spytał ojciec Liz.

„Żyje. Pilnował tych drzwi.” Valenti w pośpiechu przeszukał ochroniarza. Znalazł klucz. Wyprostował się i odwrócił w stronę panelu bezpieczeństwa. Wyłączyli go i czekali. Wszyscy mieli na rękach rękawiczki, ale i tak musieli być ostrożni. Nie mogli zostawić odcisków, ani nic, co pomogłoby ich zidentyfikować.

Drzwi otworzyły się ukazując ciemny pokój.

Było cicho. Minęła chwila zanim oczy Jima przywykły do mroku. Maria spała na podłodze. Podchodząc do niej, wziął ją w ramiona i delikatnie podniósł. Boże! Ważyła tyle, co nic.

„Maria?”

„Hmmm?”

„Maria, pora wracać do domu.”

Zmarszczyła brwi zmieszana i na wpół przytomna. „Do domu? Do nieba?”

Mężczyzna potrząsnął głową. „Nie. To ja, Jim. Przyszliśmy zabrać cię z powrotem do domu…do twojej mamy.”

DeLuca rozbudziła się, ale była tak zmęczona, że nic nie rozumiała. Mama – to była w stanie zrozumieć. „Czy to sen?”

Valenti przekazał dziewczynę Philipowi. „Zabierz ją, a ja pójdę po Jessiego.”

Jeff potrząsnął głową. „Nie możemy cię zostawić samego.”

Jim przytaknął. „Philipie, dasz radę sam ją zabrać?”

Evans oddał Marię w ręce Jeffa. „Ty ją zabierz – Jesse jest moim obowiązkiem.” Przez chwilę obaj mężczyźni patrzyli na siebie ze zrozumieniem. Liz wciągnęła Marię, a winę za Jessiego ponosiła Isabel. Max był odpowiedzialny za nich wszystkich. Obydwaj musieli naprawić, to, co zrobiły ich dzieci. Jeff pokiwał głową i zabrał Marię. Jim użył przepustki, aby otworzyć drzwi do sąsiedniego pokoju, w którym także było ciemno. Valenti od razu podszedł do leżącego na podłodze Jessiego.

„Jesse?”

Mężczyzna zaczął się powoli budzić – znowu po niego przyszli. Więcej badań? Żadnych testów, proszę.

Philip uklęknął przy nim. „Jesse synu – to Philip.”

„Philip?” Jego głos był suchy i zachrypiały z powodu spuchniętych ust. Philip z trudem zniósł zniszczenie, które miał przed oczami. Jesse wyglądał jakby już był martwy.

„Tak. Przyszliśmy, aby zabrać cię do domu.”

Jim próbował podnieść Ramireza, ale on płakał w bólu. Spojrzał na przyjaciela. „Nie wiem, czy uda nam się go przenieść bez większego krzywdzenia go.”

Jesse chwycił ręką Valentiego. „Nic nie szkodzi – i tak już odchodzę do domu. Odejdźcie. Odejdźcie i zabierzcie Marię.”

Philip potrząsnął gwałtownie głową. „Nic z tego, synu. Wszyscy wrócimy do domu, nikogo nie zostawimy.”

„Dziękuję, że przyszliście po Marię. Powiedźcie…powiedźcie jej, że ją kocham i, że mnie ocaliła.” Mężczyzna zakaszlał i zawył z bólu. „Musicie iść. Zabierzcie Marię…zabierzcie ją stąd.”

Valenti rozejrzał się po pokoju – może mogliby użyć koc z łóżka? Zmarszczył brwi. Nie było koca, ani łóżka. Gołe ściany. W pokoju Marii stało łóżko z kocami. Krew Jima zawrzała - Zgwałcili ją? Wykorzystali?

„Philipie - idź do pokoju obok i weź koc z łóżka Marii.”

Jesse ponownie wyciągnął rękę i złapał Jima. „Zabij mnie, Jim. Nigdy nie wyjdę stąd żywy. Nie zostawiajcie im mnie żywego, proszę! Zmuszą mnie, abym was zdradził. Was wszystkich…nawet Marię. Zabij mnie i odejdź. I tak już jestem martwy.”

Valenti pochylił się. O Boże. „Przepraszam Jesse. Przepraszam, że zajęło nam to tyle czasu.”

~~~

Jeff rozejrzał się dookoła – strażnicy ciągle byli na obchodzie. Czas był wszystkim. Przygotowując się do akcji obserwowali i mierzyli czas przez trzy dni. Frontowi strażnicy powinni zaraz wracać – musiał się śpieszyć. Amy spostrzegła w jego ramionach drobne ciało. Jej dziecko! Podbiegła do niego.

„Maria!” Zbadała bladą twarz. Jej dziecko – jej mała dziewczynka… „Czy ona…”

„Żyje, Amy. Maria żyje.”

Dziewczyna otworzyła oczy i wpatrzyła się w twarz matki. „Albo jestem martwa albo śnię. Mama?”

Amy zaśmiała się przez łzy. „Tak, kochanie - Mama. Chyba nie myślałaś, że cię tam zostawię?” Dłońmi głaskała ją po twarzy, a potem po włosach. Stała odwrócona plecami do ogrodzonego terenu.

„Musimy iść, Amy. Jim i Philip zaraz wyniosą Jessiego.”

Jesse. Maria zaczęła się szamotać. Jesse – zostawiła go. „Mamo, musimy wrócić po Jessiego. Jest chory – bardzo chory. Zranili go.”

Jeff podniósł wzrok, gdy z budynku wybiegli Jim i Philip. Byli sami, – bez Jessiego. Odwracając się z powrotem do Amy powiedział. „Musimy iść! Strażnicy mogą tu wrócić w każdej chwili.”

Jeff miał rację. W tej samej chwili zza rogu wyszedł ochroniarz.

„Stać!” Podniósł pistolet, gotów go użyć. „Stójcie, albo będę strzelał.”

Amy i trzymający w ramionach Marię, Jeff szybko zaczęli biec w stronę Diane i samochodów, ukrytych w niewidocznym miejscu. W powietrzu uniósł się łoskot. Dzwonił w uszach Jeffa, a brzmiące echo sprawiło, że powietrze zdawało się znieruchomieć. Amy potknęła się, ale Jim i Philip złapali ją od tyłu i pomogli biec dalej.

Strażnik ponownie uniósł broń, aby strzelić w stronę oddalających się w ciemność postaci. Wycelował w najbliższą figurę – mężczyznę trzymającego jakąś osobę. Upadł, a dziewczyna razem z nim. Więzień.

Nie strzelił – Upadł na ziemię, po tym jak został uderzony w głowę.

Jeff zatrzymał się przy samochodzie i wsadził Marię do środka. Szybko wsiadł, podczas gdy Jim i Philip wciągnęli Amy do drugiego samochodu razem z Diane. Maria usiadła i odwróciła się do tyłu patrząc na swoje więzienie.

Stan – stał w świetle dochodzącym z budynku, z bronią w dłoni i krwią spływającą po głowie, z powodu rany, którą zadał mu Jim. Upuścił pistolet i uniósł rękę salutując w jej stronę.

Dziewczyna podniosła dłoń i przyłożyła ją do ust na znak wdzięczności. Następnie przyłożyła ją do szyby i tam zostawiła. Jesse miał rację – ktoś jednak nad nią czuwał.
"I have never had a love like this before, neither has he so..."

User avatar
Maleństwo
Starszy nowicjusz
Posts: 173
Joined: Mon Feb 28, 2005 8:22 pm
Location: Gdańsk

Post by Maleństwo » Sun Aug 21, 2005 1:50 am

Udało się, Maria uwolniona, a pomógł...Stan. Nie zdziwiło mnie to, jakoś zawsze w niego wierzyłam. W jego człowieczeństwo, w to że ma serce.

Pozostaje tylko jedno pytanie...co z Jesse? Nie żyje, Valenti wysłuchał jego prośby? Nie mogę w to uwierzyć...A może po prostu zostawili go, bo nie dało się nic zrobić...jednak było powiedziane...nikogo nie zostawimy...

Cicha, kiedy wpadniesz z kolejną częścią? Chciałabym choć trochę odpowiedzi :wink:
Maleństwo

User avatar
Primek1
Starszy nowicjusz
Posts: 155
Joined: Mon Jul 11, 2005 10:20 pm
Location: Z KrAiNy CiEnIa :D :P
Contact:

Post by Primek1 » Sun Aug 21, 2005 11:29 am

Przeczytałem.......... Może nie powinienem, bo mam doła i przez te opowiadanko dół się eszcze powiekszył, ale nie przeczę - jest świetne, tłumaczenie też.
Ja też jakoś n ie wierze, żeby mogli zabić Jessa - nawet na jego życzenie. To by było zbyt. straszne.... Dobrze, że Maria została wyciągnięta z tego piekła, tylko że teraz dorosli będą musieli uciekać z Marią... Zaklęty krąg........
Czekam na kolejna część.. Mam nadzieję, że zakończenie tej opowieści będzie przynajmniej optymistyczne....... A na ile rozdziałow podzieliłas tego FF? Ile gdzieś tak nawet około zostało? Jeszcze raz dzięki za tłumaczenie...

User avatar
Cicha
Nowicjusz
Posts: 125
Joined: Sun Jun 20, 2004 10:17 pm

Rozdział 16

Post by Cicha » Sun Aug 21, 2005 6:00 pm

Przepraszam, że tak długo nie zamieszczałam tego rozdziału, ale niedawno wróciłam z kolejnego wyjazdu i zupełnie nie mogłam się do tego zabrać. No, ale już jestem.
A na ile rozdziałow podzieliłas tego FF? Ile gdzieś tak nawet około zostało?
Sprawa wyglada tak: Opowiadanie składa się z trzech części.
Część pierwszą (ta na której jesteśmy) podzieliłam na 19 rozdziałów. Część drugą na 23, ale mogą zajść pewne zmiany gdy ją całą przetłumaczę. A za część trzecią się jeszcze nie zabrałam. Tak więc, przed nami jeszcze bardzo długa droga.

Rozdział 16

Nikt ich nie śledził w drodze do kopalni. Jeff pomógł Marii wysiąść z samochodu, a potem wziął ją na ręce i wniósł do środka. Dopiero wbiegający za nimi do pomieszczenia Jim i Philip wprawili wszystko w ruch.

„Odsuńcie się! Amy została postrzelona.” Obaj mężczyźni położyli kobietę na stole.

„Mamo?” Maria wyrwała się z ramion Jeffa i zbliżyła do matki. Ciało Amy pokrywał pot, a na twarzy rysował się ból. Jim delikatnie odsunął dziewczynę na bok, żeby móc obejrzeć ranę. Znalazł małą dziurę po kuli – wysoko i niemalże pośrodku pleców. Serce - krew wypływała z rany z każdym jego uderzeniem.

„Maria…uratowałam cię.” Amy przełknęła ślinę. „Bardzo cię skrzywdzili?”

Maria potrząsnęła głową. „Nie, zrobili mi tylko kilka badań, a potem przestali. Na Jessiego spadło to, co najgorsze.” Rozejrzała się po pokoju. Kogoś brakowało – Jesse… „Jesse! Gdzie jest Jesse?”

Pozostali spojrzeli na Jima i Philipa. Obaj odwrócili wzrok, ale Valenti pokręcił głową. Jesse nie przeżył. Do Marii dotarła rzeczywistość, lecz zanim zdążyła zareagować jej matka zawyła z bólu.

„Jim, Amy traci za dużo krwi.” Philip zdjął kurtkę i przycisnął ją do rany. „Potrzebuje leczenia…operacji.”

Jim przeklął. Amy, nie… „Gdzie możemy ją zabrać?”

Kobieta ich ignorowała – jej oczy zwrócone były na Marię. Jej córka – odzyskała córkę. „Maria, kocham cię. Bardzo za tobą tęskniłam.”

„Mamo, proszę nic nie mów. Mam ci tyle do powiedzenia…trzy lata. Przepraszam, powinnam była ci zaufać…powiedzieć…” Rękawem otarła twarz matki. „Wyzdrowiejesz i razem…razem wyjedziemy. Daleko. Tylko ty i ja, tak, że nigdy nas nie znajdą.” Schyliła się i pocałowała ją w czoło. „To kim jestem, wszystko najlepsze, co mam w sobie mam po tobie. Kocham cię.”

Dopiero po chwili zrozumiała, że ręka, którą trzymała w dłoni była zbyt spokojna. Straciła uścisk, a Amy leżała bez ruchu.

„Mamo?” Maria przyjrzała się jej twarzy – oczy były otwarte, ale Amy odeszła. Jim cofnął się do tyłu z rękoma pokrytymi jej szkarłatną krwią. Philip wytarł czoło rękawem koszuli. Niedowierzanie. „Mamusiu?”

Diane Evans odwróciła się słysząc dziecinne brzmienie głosu Marii. Usiadła na ziemi i płakała. Płakała za Amy, za Marię, Jessego, Alexa – za nich wszystkich.

Szóstka – kiedyś była ich szóstka. Jeff, Nancy, Diane, Jim, Amy i Philip. Teraz pozostała piątka. Stracili swojego Alexa.

Philip zamknął oczy i zasłonił uszy, gdy dziewczyna mocno przytuliła ciało matki i zaczęła szlochać. To było tak bardzo przepełnione żalem, było pełne bólu. Takie odgłosy wydawały ranne zwierzęta – trudno było je znieść.

Odsunęli się, zostawiając Marię sam na sam z Amy. Jim słyszał jej głos.

„Powinnam ci opowiedzieć historię o dziewczynie – zwykłej dziewczynie, która pewnego dnia zginęła w kawiarni, a którą ocaliło niezwykłe zrządzenie losu. Kosmita położył na niej dłoń i przywrócił do życia. Nigdy nie opowiedziałam ci o dniu w którym umarła Liz Parker, a moje życie zostało związane z Michaelem Guerinem. To był normalny dzień w Roswell…”

~~~~

Ciało Amy spalili na skałach przy jaskini, na pustyni. Podsycając ogień, Maria i czwórka dorosłych przyglądali się unoszącemu się do nocnego nieba dymowi. Maria stała z boku - wyżej i dalej od innych, jej postać zarysowana była na tle nieba, z ogniem na pierwszym planie Gorący, pustynny wiatr zwiewał jej ubrania i włosy. Stała sama – przed gwieździstym niebem.

Jeśli żal i wściekłość były w stanie rozbić duszę na pół, to jej leżała roztrzaskana u stóp. Jesse, Amy, Alex – Ile jeszcze? Gdzie to się skończy? Schwytani w wirze trzech latach strachu. Kładąc dłoń na brzuchu, pomyślała o swoim dziecku. Dziedzictwo. Dziedzictwo strachu i bólu. Będzie musiała bardziej się postarać, ciężej pracować. Nie miała czasu na opłakiwanie – martwi oddali swoje życia dla dobra żyjących, a życie było jedynym hołdem, jaki mogła im złożyć. Obietnica, że będzie żyła. Że przetrwa i nigdy nie zapomni.

CDN
"I have never had a love like this before, neither has he so..."

User avatar
Primek1
Starszy nowicjusz
Posts: 155
Joined: Mon Jul 11, 2005 10:20 pm
Location: Z KrAiNy CiEnIa :D :P
Contact:

Post by Primek1 » Sun Aug 21, 2005 9:56 pm

Przeczytałem..... Smutne. :) Biedna Amy. Biedna Maria. Biedny Jim. To straszne. Jak można być tak nieczułym? (to oi FBI) pozwolić umrzeć Jessemu, Amy........ I to wszystko przez kosmitów. Teraz jestem trochę wściekły na nich.... Super tłumaczenie... Czekam na następna część

User avatar
Maleństwo
Starszy nowicjusz
Posts: 173
Joined: Mon Feb 28, 2005 8:22 pm
Location: Gdańsk

Post by Maleństwo » Tue Aug 23, 2005 1:07 am

Teraz żałuję, że tak domagałam się odpowiedzi...Jesse nie żyje...

Gdy czytałam poprzednią część, jakoś nie zwróciłam uwagi, że Amy została postrzelona, pomyślałam, eh draśnięcie...jak bardzo się myliłam :( Amy...dzielna, odważna kobieta, ale i spokojna, cicha, tak zupełnie różna od swojej córki...można chyba rzeczywiście powiedzieć, że w tej grupie była Alexem...cicha, ale "ruszająca do ataku" kiedy było trzeba...

Teraz pozostaje tylko powiedzieć za Marią...ile jeszcze? ile jeszcze ofiar...aż strach o tym myśleć...pozostaje tylko żal do tych, co uciekli, wyjechali nie oglądając się na tych, co zostali...swoich bliskich...
Maleństwo

User avatar
Cicha
Nowicjusz
Posts: 125
Joined: Sun Jun 20, 2004 10:17 pm

Rozdział 17

Post by Cicha » Sat Sep 03, 2005 6:31 pm

No tak, i mamy wrzesień. Szkoły jeszcze nie czuję, ale na pewno niedługo się to zmieni, a to raczej będzie miało wpływ na moje tłumaczenie. Jako, że obiecałam sobie, że w tym roku bardzoooo przyłożę się do nauki i pozbędę się lenia, który we mnie siedzi. Tak więc następne rozdziały będą dodawane rzadziej.

Dziękuję za komentarze, a oto rozdział 17.

Rozdział 17

„Musicie jechać. Sfałszujcie wyjście mojej mamy z Crashdown – będą na nią czekali w domu. Będą mnie szukali. Zabierzcie Jettę i wywieźcie ją z Roswell, gdziekolwiek. Będą was przesłuchiwali.”

„Nie możemy cię zostawić.” Diane, Jim, Jeff i Philip spojrzeli na siebie. Nie mogli jej zostawić w kopalni i żyć dalej, jakby nic się nie stało. Jakby Jesse nie był martwy. I Amy, ich Amy…nie mogli.

„Musicie. Nie mogę z wami wrócić – będą mnie szukali. Nigdy nie przestaną. Tutaj na razie nic mi nie grozi. Rzeczy zostały zrobione, a ludzie straceni. Nie mogę…nie mogę stracić nikogo więcej. Nie mogę stracić żadnego z was.”

Milczenie Jima wreszcie zostało przerwane. Musiał wiedzieć. „Mario, dali ci ładniejszy pokój, łóżko, ciepłe miejsce. Czy…” Nie wiedział, jak o to spytać. Została wystarczająco zraniona, ale musiał wiedzieć, jak głęboki był ten uraz. ”Dotykali cię? Zgwałcili?”

Dziewczyna zrozumiała, co miał na myśli. Czy użyli ją dla seksu, dali miejsce, w którym mogli odwiedzać. „Nie, Jim. Nic z tych rzeczy. Zrobili mi badania…tylko kilka. Parę bolesnych, ale nic tak drastycznego jak testy, które przeprowadzali na…Jessim.” Zająknęła się wymawiając jego imię. Musiała wierzyć, że Jesse był razem z Alexem i jej mamą w rękach Boga. Jak inaczej mogłaby iść dalej? Musiała wierzyć.

„Dlaczego tak różnie was traktowali?”

Maria otarła łzę. „W dziwny sposób ochronił mnie Michael. Ocalił mnie. Jestem w ciąży, a traktowali mnie lepiej, ponieważ chcieli mieć moje dziecko. Dziecko Michaela…kosmity. Nie poczną, dopóki mnie nie znajdą, a raczej nas.”

„Jesteś w ciąży?” Philip przetarł twarz dłonią i na chwilę się zapomniał. „W ciąży? Chryste! Czy nie mieliście w szkole zajęć na temat seksu? Chyba wiece, jak się zabezpieczać.”

Roześmiała się gorzko. „Tak, wiemy. I zwykle…” Westchnęła ze zmęczenia, zamykając oczy. Odpoczynek. Była bardzo zmęczona i miała zbyt wiele do zrobienia. „Jednak w tym wypadku cieszę się, że tabletka i prezerwatywa zawiodły. Kosmiczna sperma ocaliła mi życie.”

Dorośli stali w milczeniu. Prawda, dała im wystarczająco dużo czasu na jej uwolnienie.

„Już wiecie, czemu wasz powrót do domu jest tak ważny. Żyjcie dalej, jakby nic się nie stało. Pomyślą, że zabrałam mamę, gdy wracała do domu i puf – zniknełyśmy w smudze dymu. Będą szukali dwóch kobiet, matki i córki.”

Przekonanie ich zajęło jej trochę czasu, ale w końcu odjechali. Maria rozejrzała się dookoła zaciekawiona. Nie była tu odkąd uwolnili Maxa z Białego Pokoju. Biały Pokój. Przeszły ją ciarki i zrobiło się zimno. Kopalnia miedzi – już nigdy nie zobaczy tego miejsca.

~~~~

Głupia. Była głupia.

Maria krzyczała na siebie w myślach, ale musiała tu przyjść.

Dom.

Okno do jej pokoju – gdy przez nie przeszła poczuła, jakby od wieków nie widziała tego miejsca. Cztery tygodnie. Zmienienie życia trwało cztery tygodnie. Naprawdę była sama.

Jej dłoń powędrowała do płaskiego brzucha – nie, nie była sama. Był ktoś – jej dziecko.

Powrót do domu nie był najmądrzejszy, ale potrzebowała kilku rzeczy. Trudno było przejść przez to okno, wyobrażając sobie czekających w środku ubranych na czarno mężczyzn, mających ją z powrotem zabrać do jej więzienia. Maria miała nadzieję, że podążyli za przynętą, znaleźli Jettę i teraz próbowali zlokalizować obydwie, ją i Amy. Poruszając się najciszej, jak tylko potrafiła odsunęła płytę w podłodze. Pieniądze – wrzuciła je tu zaraz przed uroczystością. Wszystko wydarzyło się w tak zawrotnym tempie, że nie miała okazji po nie wrócić, ale wciąż tu były. Zamierzała wyjechać z pozostałymi – na poduszce swojej mamy planowała zostawić list, który teraz także znalazła i wzięła. Szybko przeszła do pokoju Amy i zajrzała do szafy, na najwyższą półkę po prawej. Znalazła pieniądze, które były odłożone na czarną godzinę – Maria nawet ich nie przeliczyła. Ubrania pachniały jak Amy. Położyła na nich na chwilę głowę. Chwyciła ulubiony sweter mamy i szybko na siebie założyła.

Szykując się do wyjścia i zostawiając całą resztę, spostrzegła fotografie ozdabiające lustro toaletki. Dwa przedstawiające Amy, jedno ich obu razem i kolejne pokazujące uśmiechniętą kobietę – oderwała je. Zdjęcie Michaela – jedyne, które miała. Zabrała je. Pewnego dnia jej dziecko, będzie chciało coś o nim wiedzieć. Zasługiwało przynajmniej na tyle.
I wreszcie, fotografia Marii z Liz i Alexem. Chłopak stał w środku, przytulając do siebie obie dziewczyny. Maria przyglądała się zdjęciu przez chwilę – oderwała fragment z Liz i rzuciła na stolik. Wzięła do ręki pozostały kawałek, z nią i Alexem i była prawie gotowa do wyjścia.

Założyła sportowe buty i spakowała dodatkowe pary skarpetek, bieliznę, szczotkę do zębów i włosów oraz błyszczyk. Okulary przeciwsłoneczne, kapelusz i cieplejszy płaszcz także znalazły się w jej torbie na ramię. Przebrała się w dżinsy oraz koszulkę, która niegdyś należała do Michaela, a sweter Amy, który także powędrował do torby zastąpiła koszulą.

Czas odejść. Dom był pusty, nikt tu już nie mieszkał. Gdy wychodziła przez okno, jej wzrok padł na gitarę. Gitarę Alexa. Wyjedzie jeszcze dziś – pozostali nie rozumieli, ale musiała to zrobić. Gdyby wiedzieli, że odchodzi chcieliby jechać razem z nią, żeby ją chronić. Samej było jej lepiej.

Sięgając po gitarę, chwyciła ją i odeszła.

CDN
"I have never had a love like this before, neither has he so..."

User avatar
Primek1
Starszy nowicjusz
Posts: 155
Joined: Mon Jul 11, 2005 10:20 pm
Location: Z KrAiNy CiEnIa :D :P
Contact:

Post by Primek1 » Sat Sep 03, 2005 7:13 pm

Piękne... Smutne... Biedna Maria... Nienawidzi Liz... To niedobrze... Bo to tak jakby została sama... Zupełnie sama.... Bo dziecko eszcze się n ie narodziło... ak Maria sobie poradzi? by wszystko poszło dobrze... Dzięki za tłumaczenie.

User avatar
_issy_
Gość
Posts: 53
Joined: Tue Dec 14, 2004 2:47 pm

Post by _issy_ » Sat Sep 17, 2005 7:01 pm

Na początek, Cicha, świetne tłumaczenie. Postać Marii - niezwykle wzruszająca. Musiała być taka silna, żeby sobie z tym poradzić, zapewne ja na jej miejscu już dawno temu poddałabym się. Bała się, ale znajdowała w sobie moc, by rozmawiać z Jessy'm, co z jednej strony było pocieszeniem, z drugiej zaś próbą charakteru. Jak musiała się czuć wiedząc, że w pokoju obok umiera ktoś bliski, że ginie jej matka, zostawia ukochany mężczyzna, przyjaciółka i inne osoby, którym pomagała, o które się martwiła, nagle, przestają być takie bliskie. Straszne. Wyglądam sobie teraz przez okno i widzę cudowny zachód Słońca, co wzbudza we mnie iskierkę nadziei, ale nie dla mnie, dla Marii, że jeszcze się wszystko ułoży.
I zmienia się o 180^ moje nastawienie do Jess'a. W serialu nie przepadałam za nim, jak wspomniała Nan, był nieco bezosobowy, jego postać płytka i cały czas pozostawała jakaś gorycz po Alexie. Ale tu, widząc jak martwił się o Marię, jak pragnął by wyszła z tego cało, chciał się wyspowiadać, przypominał sobie Isabel... Jakby zabarwiło go, dodało trochę kolory do tej postaci.
I kolejny raz przekonałam się, jak ważne w życiu jest, by się czegoś trzymać, mieć do czego wrócić, mieć nadzieję i marzenia. A kiedy jest źle, nie wolno się poddawać, trzeba walczyć, bo życie jest zbyt krótkie, by marnować chwile...
Świetna historia, opowiedziana pięknymi słowami w genialny sposób. Czekam na kolejne części.

User avatar
Cicha
Nowicjusz
Posts: 125
Joined: Sun Jun 20, 2004 10:17 pm

Rozdział 18

Post by Cicha » Sun Sep 25, 2005 1:01 pm

Przepraszam, że tak długo musieliście czekać na następny rozdział, ale oto on.

Rozdział 18

Było późno, kiedy do drzwi dobiegło pukanie, a raczej walenie. Pan Whitman, ojciec Alexa otworzył ubrany w szlafrok.

„Maria?” Odsunął się, wpuszczając ją do środka. Była mała – drobniejsza, niż pamiętał. Niosła torbę i gitarę. Uderzyła go fala bólu – gitara Alexa. „Gdzie się podziewałaś? Twoja matka była wściekła!”

Maria spojrzała na niego pustym wzrokiem. „Moja mama nie żyje. Zabili ją.”

Linda Whitman weszła do pokoju. „Maria?”

Dziewczyna zebrała w sobie resztkę siły. „Przepraszam, że was obudziłam, ale wyjeżdżam i nie mogłam tego zrobić z czystym sumieniem, najpierw się z wami nie widząc.”

„Wyjeżdżasz? Amy nie żyje?” Nie był w stanie tego pojąć. „Piłaś coś?”

„Chciałabym, ale nie. Jestem całkowicie trzeźwa.” Weszła do pokoju. „Muszę wam opowiedzieć pewną historię. Historię, która ma związek z Alexem i sposobem w jaki zginął…dlaczego zginął. Alex był..” Maria próbowała powstrzymać łzy. „Alex był moim najlepszym przyjacielem i odkąd umarł, nie było chwili, żebym za nim nie tęskniła. Musicie wysłuchać i zrozumieć, co się stało i czemu nie mogę pozwolić, abyście myśleli, że was syn popełnił samobójstwo. Bo nic… nic nie było dla niego ważniejsze od życia.”

Whitmanowie wymienili spojrzenia. Wiedzieli – wiedzieli, że Alex nie popełnił samobójstwa. Znali swojego syna, ale nadeszła pora. Pora usłyszeć powód, który zamknie ten długi, smutny rozdział ich życia. To ta niewiedza czyniła z nich więźniów żalu. Maria proponowała im koniec tego cierpienia.

„Chodź do kuchni – wszyscy potrzebujemy napić się czegoś ciepłego.”

„Zaczęło się trzy lata temu, w dzień taki jak inne, kiedy Liz Parker została śmiertelnie postrzelona w Crashdown…”

~~~~

„Możemy ci pomóc.”

„Nikt tego nie może. To zbyt niebezpieczne. I tak straciłam już Alexa, mamę, a nawet Jessego. Straciłam moją przyjaciółkę Liz i już nigdy nie ujrzę mężczyzny, którego kocham. Nie mogą mi nic zrobić. Nie mam nic…nic, co mogliby mi zabrać, oprócz mojego dziecka i życia. Nie mogę ryzykować waszych żyć, i tak wystarczająco was naraziłam.”

Pan Whitman przytaknął. „Rozumiem, Maria. Naprawdę rozumiem. Nie wiem jak ci dziękować, za powiedzenie nam prawdy o naszym synu. Alex był niezwykłym młodym człowiekiem…” Mężczyzna zamilkł i położył dłoń na ramieniu szlochającej żony. „W życiu nie byłem taki dumny. Dziękuję, ale musisz zrozumieć, że FBI nie ma powodu, aby tu czegoś szukać. Alex nie żyje od ponad roku przez, co nie mamy z tą sprawą żadnego związku. Możemy ci pomóc uciec gdzieś daleko.”

Maria dostrzegła prostotę ich planu. Oczywiście. Nie mogła się zatrzymywać, ale musiała wyjechać z Roswell - i to jeszcze dziś.

„Dobrze, jaki jest plan?”

Pan Whitman pokiwał głową. Mógł to zrobić. „Najpierw najlepiej zróbmy listę.”

Dziewczyna zaśmiała się delikatnie, a następnie zaczęła płakać. „Lista, oczywiście.”

CDN
"I have never had a love like this before, neither has he so..."

User avatar
_issy_
Gość
Posts: 53
Joined: Tue Dec 14, 2004 2:47 pm

Post by _issy_ » Sun Sep 25, 2005 1:11 pm

A więc Maria ucieka. To dobrze. Ale chyba nie minie się z Michaelem? Mam nadzieję, że się spotakają, okropnie jest czytać o takim załamanym Michaelu, pełnym smutku i rozgoryczenia. Whitmanowie, jak Alex, pełni troski i gotowi by pomóc. Cudownie.
Trzymam kciuki za Marię.
I, Cicha, dlaczego ta część taka krótka? Tyle czekaliśmy, a teraz tylko taki fragmencik? :twisted: Mam nadzieję, że teraz przerwa będzie krótsza! Tłum domaga się; 'dalej'!

User avatar
Cicha
Nowicjusz
Posts: 125
Joined: Sun Jun 20, 2004 10:17 pm

Rozdział 19

Post by Cicha » Sat Oct 01, 2005 4:01 pm

Ależ tu tłoczno. Aż z trudem mogę oddychać. :D

Nadszedł czas na ostatni rozdział pierwszej części. Mam nadzieję, że nic w niej nie popsułam i czekam na komentarze podsumowujące.

Miłego czytania i czekania :twisted:

Rozdział 19

Obecnie…

„Więc naprawdę nie wiecie gdzie jest Maria?” Włosy Michaela były roztrzepane nawet bardziej niż zwykle, przez ciągłe przeciąganie przez nie palców. Wszystko wydawało się nieprawdziwe, gorsze od jego koszmarów. Nie, to były koszmary Marii. Dzielili je.

Jim wyciągnął rękę bezradnie. „Nigdy nie powiedziała, co planuje. Musiała wyjechać zaraz po tym, jak ją zostawiliśmy. Nocą wróciła do Roswell, a potem? Nikt tego nie wie.”

„A FBI?”

„Przesłuchiwali nas, ale słyszeli, jak całą noc graliśmy w karty. Znaleźli butelki po piwie i inne oznaki imprezowania. Amy wyszła śmiejąc się i obiecując, że powtórzymy to w przyszłym tygodniu, ale już się nie odezwała. Porzuciliśmy Jettę za El Paso w Teksasie, na południe od Las Cruces.

Michaelowi zrobiło się niedobrze. Naprawdę niedobrze. „A co z Jessem? Umarł tam?”

Jim i Philip spojrzeli na siebie. Valenti starał się nad sobą panować, ale nie potrafił. Płakali i mieli przeczucie, że nieprędko przestaną. „Nie, ciągle żył.”

„Zostawiliście go?” Nie mógł uwierzyć. Jim nie zrobiłby czegoś takiego. Nie mógł.

„Nie, Jesse umierał. Błagał, żebym go zabił. Był za słaby, aby się ruszać i wiedział, że wymuszą z niego informacje na temat ludzi, którzy po nich przyszli. Błagał, żebym zabrał Marię, a jego zabił.”

Nie mógł tego dłużej znieść. Zbyt wiele. Zbyt wiele bólu i przemocy. To wszystko przez nich. Przez to, że zostawili Jessiego i Marię. Oni sami – kosmici – zostawili ludzi bez ochrony.

Zostawili Marię, jego dziecko i Jessiego. Guerin zasłonił dłonią oczy. Amy…czy Maria będzie jeszcze w stanie kiedykolwiek na niego spojrzeć? Na którekolwiek z nich? To ile ją kosztowali…Michael zgiął się w pół w bólu. Jego duma. Jego pieprzona, bezsensowna duma. Czy wycierpiała wystarczająco dużo, Guerin? Czy już jej wybaczyłeś?

Michael odszedł na bok i zwymiotował. Opierając głowę na ramieniu, podniósł wzrok na Jima. „Jesse?” Musiał wiedzieć.

Jim usiadł na ziemi i płacząc pokręcił głową. „Wziąłem broń strażnika i go zastrzeliłem. Jednym strzałem, prosto w głowę.”

Cisza. W mroku rozpaczy, cisza była dźwiękiem, który powodował aż ból fizyczny. Przesuwał się po nich jak płachta ciemności. Brak czasu. Brak słów. Żadne z nich nigdy się z tego nie wyrwie i nie powróci do normalności. W mroku nocy, oni – ci, którzy pozostali - opłakiwali umarłych.

~~~~

„Co teraz zrobisz, Michael?” Zapytał Philip. „Gdzie pojedziesz?”

Michael spakował jedzenie i czysty sweter do plecaka. Nadszedł czas. I tak został tu zbyt długo. Mógł tylko ściągnąć na tych ludzi więcej śmierci. W Roswell nie pozostało mu nic – Maria odeszła.

„Odnajdę Marię i moje dziecko. Znajdę ją, będę błagał o wybaczenie i resztę życia spędzę upewniając się, że nikt już nigdy jej nie skrzywdzi. To zamierzam zrobić.” Podał im kartkę papieru. „Ta gazeta prowadzi sekcję z ogłoszeniami dla zagubionych, pomaga odnaleźć się starym kochankom. Wszystko za darmo. My nazywamy się ‘Bez przebaczenia’ i jeśli będziecie potrzebowali nas odnaleźć wystarczy, że zamieścicie tam wiadomość.

Jim wziął informację. „My będziemy ‘Opuszczeni’. Będziemy obserwować, gdybyście nas potrzebowali.”

„Wyjeżdżam dzisiaj po zmroku. Jeśli chcecie coś przekazać pozostałym, chętnie się tym zajmę.”

Jim go zatrzymał. „Znajdziesz sposób, aby dać nam znać, gdy odnajdziesz Marię i dziecko, prawda?”

„Maria jest ‘Ratunkiem’. Kiedy ją znajdę zostawię wiadomość o ratunku.”

Wszyscy zauważyli, że Michael powiedział ‘kiedy’, a nie ‘jeśli’. Wiedzieli, że jeśli zaistnieje taka potrzeba będzie jej szukał nawet przez resztę życia. Jim był pewien jednego – Michael Guerin nigdy nie zrezygnuje, nigdy się nie podda. Dopóki nie znajdzie jej, a raczej ich.

„Michael, musisz wiedzieć, że wszystkie dzieci, które uratowaliście z Maxem w Święta zostały porwane. A jego syn? Jego też mają.” Jim wymienił spojrzenie z Philipem, który dowiedział się o tamtych Świętach od Maxa, po tym, jak z Diane odkryli prawdę o swoich dzieciach. Od tamtej pory obaj zbierali artykuły dotyczące tych zaginionych dzieci.

„Czy….żyją?”

Valenti potrząsnął głową. „Nie wiem, nie wydaje mi się. Podobno odnaleziono ciała – w przeciwnym razie nie zależałoby im tak bardzo na odnalezieniu Marii i waszego dziecka.”

Michael zamknął oczy. „Czyli wszystko, całe ryzyko poszło na marne.”

„Co im powiesz?”

Spojrzał na Jeffa, a potem na pozostałych. „Prawdę.” Popełnili błędy i ktoś musiał ponieść konsekwencje. Musieli wiedzieć, że nie mogą myśleć tylko i wyłącznie o swoim życiu, ale bardziej rozlegle. Ludzie z którymi się kontaktowali i którzy byli w to zaangażowani byli w niebezpieczeństwie. Powinni byli się tego nauczyć ze wzglądu na Alexa, ale byli zbyt zajęci zamartwianiem się o swoje własne, samolubne pobudki. Ktoś musiał być odpowiedzialny.

„Max powinien wiedzieć, czy Zan żyje.” Odezwał się Philip.

„Max zrobi, co będzie chciał. Moja droga, już jest zaplanowana. Odnajdę Marię.”

Cała piątka, godziny później stała na najwyższym piętrze kopalni i patrzyła, jak Michael Guerin opuszczał Roswell po raz ostatni i wszystko wydawało im się jednakowe. Zmieszał się z ciemnością, tak, że już go nie widzieli. Oni, ci, którzy zostali opuszczeni mieli strzec tego, co kiedyś było domem.

Jego droga była przejrzysta. I to tą drogę ich dzieci będą musiały przebyć samodzielnie. Nie mieli czasu na rzeczy dziecinne. Dzieci Roswell szybkim krokiem wchodziły w dorosłość, gdzie wszystkie czyny ciągnęły za sobą konsekwencje, a oni musieli być odpowiedzialni. Jeff przytulił żonę, tak samo zrobił Philip, a Jim stał sam. Czas szybko mijał po zmroku, a na pustynię zaczynało padać światło słoneczne. Nadszedł czas, aby odzyskali swoje życie i pozwolili dzieciom na to samo.

Powodzenia. Powodzenia.

Koniec części I.

Ale i tak CDN.
"I have never had a love like this before, neither has he so..."

User avatar
Primek1
Starszy nowicjusz
Posts: 155
Joined: Mon Jul 11, 2005 10:20 pm
Location: Z KrAiNy CiEnIa :D :P
Contact:

Post by Primek1 » Sun Oct 02, 2005 12:05 am

Smutne opowiadanko. Podsumowującszkoda jest mi Jessego, Amy i Mari, ale także Isabel i Michaela. A Liz i Max w tym opowiadaniu są okropni - tacy samolubni. Na stos z nimi.... Piękne... Dzięki Ci Cicha.

User avatar
Maleństwo
Starszy nowicjusz
Posts: 173
Joined: Mon Feb 28, 2005 8:22 pm
Location: Gdańsk

Post by Maleństwo » Sat Oct 08, 2005 9:03 pm

I Maria dokonuje wyboru, odchodzi...ciężka decyzja, ale rozumiem ją, bo już naprawdę starczy ofiar i musi chronić swoje dziecko. Ono jest teraz najważniejsze.

Przyjaźń między Marią i Liz...czy kiedyś Maria będzie w stanie wybaczyć Liz...myślę, że już nigdy nie będzie między nimi tak samo, zbyt wielka przepaść je dzieli.

Gest Marii wobec rodziców przyjaciela. Dobrze, że o nich pomyślała, należała im się prawda o śmierci syna, w końcu mogą zamknąć spokojnie ten etap życia.

A Michael...ten żal, ból i wyrzuty sumienia go zjedzą. Wierzę jednak, że znajdzie Marię i dziecko (ta wiadomość na pewno doda mu sił w poszukiwaniach). I może wtedy, gdy się odnajdą, rany się zaleczą. Potrzeba będzie na to jednak bardzo dużo czasu.

A ciekawi mnie jak postąpi Max, gdy dowie się o swoim synu, co zrobi? Czy zacznie w końcu widzieć wokół siebie innych, a nie tylko siebie i Liz...

I na koniec to co mną wstrząsnęło...śmierć Jesse. Jak Jim mógł go zabić? Wiem, pomógł mu, ulżył jego cierpieniom, jednak...trzeba było bardzo dużo odwagi i siły, by zabić przyjaciela...nawet jeśli dla jego dobra i dobra pozostałych.

Cicha, kiedy kolejne części? Mam nadzieję, że będą choć trochę bardziej radosne.
Maleństwo

User avatar
Cicha
Nowicjusz
Posts: 125
Joined: Sun Jun 20, 2004 10:17 pm

Część II, rozdział 1

Post by Cicha » Sat Oct 22, 2005 4:22 pm

Część II: Szukając Marii

Rozdział 1

Był czterdziesty czwarty tydzień roku. Michael przeklął. Jaki był ten cholerny kod? Litera R, czyli drugie ‘R’, które wybrali. Reno w Nevadzie, szafka 5D.

Reno było wystarczająco dużym miastem, aby się zgubić. Dzięki temu łatwo było się wtopić w tłum hazardzistów czy innych ciemnych typów. Przez chwilę obserwował stację autobusową – szafki były na tyłach, koło poczekalni. Na miejscu kłębiły się tłumy ludzi, a powietrze pachniało dymem z fabryk. Jeszcze jedna godzina i powinno być bezpiecznie.

Próbował odpocząć, uspokoić się, ale nie mógł. Zbyt wiele nocy spędził nie sypiając, unikając snów i koszmarów, które go prześladowały. Teraz tego żałował.

Maria. Wszystko przez jego łączność z Marią. Żeby ją odnaleźć, musiał najpierw odzyskać tę łączność. Żeby mógł myśleć tak jak ona – normalnie, taka myśl wywołałaby u niego wybuch histerycznego śmiechu. Myśleć jak Maria? Cholera. Gdzie jesteś Mariu? Gdzie jesteś?

Listy i podarunki obciążały jego plecak – nie czuł się dobrze, dostarczając je. Żadne z nich na nic nie zasługiwało, w szczególności od tych, których opuścili.

Michael nie potrafił wyzbyć się tej myśli. On i Isabel byli najbardziej winni, ale pozostali powinni byli zaprotestować. Powinni użyć tego swojego 'wielkiego' intelektu, którym rzucali naokoło samochwalczo i z dumą, i zrozumieć, że ktokolwiek z nimi powiązany stanie się celem. Były znaki, które na to wskazywały – Pierce chciał schwytać Alexa zaraz po tym, jak został bardziej dopuszczony do grupy. Jesse został porwany przez agenta Burna, którego wbrew sobie potem zabił. Wyobraźnia. To z powodu jej braku nie przewidzieli takich możliwości.

Maria powiedziała mu kiedyś, że to właśnie z braku wyobraźni ludzie popełniają błędy. Przestajesz przewidywać wszystkie możliwości i wkrótce potem dzieją się rzeczy, których nigdy nie brałeś pod uwagę. Kto ponosi za to winę? Istotne było myślenie o wszystkich możliwych rozwiązaniach – zupełnie jak podczas gry w szachy.

Maria była w tym świetna. Niesamowicie się zamartwiała – przez jej głowę ciągle przebiegały najbardziej barwne i dramatyczne myśli. To ona powiedziała Liz, że Topolsky była agentką szukającą kosmitów. Liz przyszła do przyczepy w której mieszkał z Hankiem i przedstawiła tą wersję, żeby go ostrzec. Podziękował i był jej odrobinę wdzięczny, ale całe jego zaufanie powinno trafić do Marii. To jej wyobraźnia stworzyła taką możliwość. Nikt nigdy nie oskarżał Liz Parker o zbyt małą wyobraźnię, ale 'ta zakręcona Maria' miała to we krwi, jak nieuleczalnego wirusa.

Chciał ją odzyskać. Potrzebował ją z powrotem. Max miał rację – Boże, jak on tego nienawidził! Opuścił Marię z powodu własnej dumy. Nie wybaczył jej i to odcięło ją od reszty. Zostawiła go, bo chciała się wyrwać z kosmicznego kręgu. Odpłacił jej w naturze. Chciała się wydostać? Dobra, lecz postarał się także, aby nie została wpuszczona z powrotem. Maria miała rację – miała rację obawiając się, dokąd doprowadzi ją związek z kosmitami lub pragnąć czegoś bezpiecznego w życiu. Instynktownie wiedziała, że cokolwiek się stanie, nieważne jak bardzo będzie się starała, aby samodzielnie coś zyskać, to i tak zawsze będzie musiała dla niego z tego zrezygnować. Jego kosmiczne życie zawsze było większe, zawsze ważniejsze.

Cały ten czas, rok później i dopiero zaczynał rozumieć, co miała na myśli tamtego dnia. Kochała go…zbyt mocno. Poświęciłaby dla niego swoje życie, marzenia, jak i wszystko inne. Pozwoliłaby się ignorować i oddałaby za niego życie -, aż pewnego dnia obudziłaby się jako kobieta bez marzeń, żyjąca za niego. Już zawsze byłaby niczym innym, jak tylko jego cieniem. Próbowała odnaleźć siebie, miejsce w którym poradziłaby sobie sama.

Bolało, a on niańczył ten ból zbyt długo – używając go, aby zbudować wokół siebie więcej ścian w powracającym złym nawyku jak przysłowiowy zły szeląg. Nie mogli rozmawiać, bo to zawsze kończyło się zranionymi uczuciami, zarówno jego, jak i jej. Jego, ponieważ od niego odeszła, a jej, bo nie rozumiał i nawet nie słuchał. Na tym właśnie polegał problem – Nigdy jej nie słuchał, a ona na jego gniew odpowiadała obronnymi zachowaniami, zamykając krąg złośliwą pętlą. To dopiero para.

Teraz byli przyszłymi rodzicami.

Boże, będzie ojcem! Będzie ojcem. Nidy nie myślał o rodzicielstwie – to było coś ponad jego wyobraźnię. Maria znowu dawała mu lekcję…uczyła go, aby wyglądał poza swoje pudełko.

CDN
"I have never had a love like this before, neither has he so..."

Hotori
Obserwator Słów
Posts: 1509
Joined: Sat Jul 26, 2003 4:11 pm
Location: Lublin

Post by Hotori » Mon Oct 24, 2005 4:29 pm

Powróciła córa marnotrawna :mrgreen: I muszę powiedzieć, że nie żałuję tej decyzji.

Przy czytaniu tego opowiadania towarzyszą mi skrajne i bardzo dziwne emocje, jak przy żadnym innym. Po pierwsze-nie cierpiałam razem Marii i Ramireza, ale czytałam, bo kochałam całość, na która składał się -dla mnie-oddzielnie Jesse i oddzielnie Maria. Dziwne, nie ? Teraz kiedy zaczyna się jakby II tom tej opowieści :D jestem coraz bardziej zaintrygowana. Maria wyjechała, Michael-to samo. I w powietrzu już wisi ich spotkanie...

Cicha -przewspaniałe tłumaczenie i czekam na więcej , a dodatkowo to zapraszam cię do moich Pereł i Curse of Destiny :wink:
'' It is easier to forgive an enemy than to forgive a friend''

William Blake

User avatar
Maleństwo
Starszy nowicjusz
Posts: 173
Joined: Mon Feb 28, 2005 8:22 pm
Location: Gdańsk

Post by Maleństwo » Mon Oct 31, 2005 11:50 pm

I co tu napisać...rozważania Michael'a, wspomienia, analizy i ocena ich postępowania...czyli znowu jedno wielkie poczucie winy Michale'a, ale czy on znowu musi dźwigać wszystkie winy, ciężary i brać odpowiedzialność za postępowanie całej grupy...jest winny do pewnego stopnia, ale inni też mieli swój rozum, a może...nie mieli...
Wyobraźnia. To z powodu jej braku nie przewidzieli takich możliwości.
Michael i Maria, ich miłość...mogę powtórzyć tylko za Michael'em...to dopiero para. Życzę im, żeby się odnaleźli, nie tylko by Michael znalazł Marię fizycznie, ale by się odnaleźli jako rodzice, jako rodzina, na nowo jako kochankowie i mogli zacząć żyć spokojnie...w miarę.

Cicha, czy mi się wydaje, czy ta część jest jakoś tak nagle urwana? Dzięki za tłumaczenie i czekam na ciąg dalszy :wink:
Maleństwo

Post Reply

Who is online

Users browsing this forum: No registered users and 2 guests